Religioznawstwo
Zagadnienia Religijne
Europa Pogańska
Azja
Hinduizm i odłamy
Buddyzm i odłamy
Judaizm i odłamy
Chrześcijaństwo i odłamy
Islam i odłamy
Afryka
Ameryka
Australia i Oceania
Religie Synkretyczne

Religie a socjologia - Czy Zachód utracił Boga

Czy Zachód utracił Boga?
Niegdyś przeważająca większość ludzi żyjąca w tym, co nadal można określić szeroko pojętym mianem zachodniej cywilizacji, wierzyła w pewne idee, takie jak: „Bóg stworzył świat”, „Bóg ma plan dla ludzkości”, „Wszystkim, którzy żyją zgodnie z Jego Słowem, ofiaruje życie wieczne” oraz inne wartości, które przekazała światu tradycja judeochrześcijańska.

Dzisiaj - szczególnie w Europie Zachodniej, choć nie tylko tam - większość ludzi nie wierzy w te dawne aksjomaty. Bazując na dowodach empirycznych, w tym na wynikach szeroko zakrojonych sondaży, można zauważyć, że zarówno wiara, jak i praktyki religijne zanikają wśród wyznawców chrześcijaństwa w niemal każdym europejskim kraju, a także poza Europą - odsetek osób niewierzących stale wzrasta również w Stanach Zjednoczonych.

Religijne opowieści, muzyka oraz rytuały, udoskonalane przez milenia i zgłębiane przez kolejne pokolenia wierzących, zarówno tych umiejących czytać, jak i niepiśmiennych, stały się dla wielu współczesnych ludzi Zachodu artefaktami równie odległymi jak malowidła naskalne z jaskini Lascaux - z pewnością mają one dla nich pewną nieprzemijającą wartość estetyczną i historyczną, jednak pod względem wpływu na teraźniejszość nie różnią się zbytnio od sztuki paleolitycznej.

Co się stało? Dlaczego wiara w chrześcijańskiego Boga oraz jego działanie w Kościele wydawała się większości Europejczyków czymś oczywistym chociażby sześćset lat temu, natomiast dzisiaj nawet samo napomknienie o możliwości istnienia tego Boga z pewnością wywoła protest i zażenowanie w pewnych wyrafinowanych kręgach, a w innych - wzbudzi bezlitosne drwiny?

Jak bardzo oświecenie, racjonalizm i naukowe podejście przyczyniły się do tej całkowitej przemiany społeczeństwa, które niegdyś powszechnie bało się Boga, a teraz często z niego szydzi? W jaki sposób na tę transformację naszej wspólnej cywilizacji wpłynęły różne czynniki historyczne, takie jak technika, wojny światowe, polityka, skandale w Kościele, zmiana statusu społecznego kobiet?

...

Dramatyczny upadek wiary i praktyki chrześcijańskiej, szczególnie widoczny w zachodniej Europie, jest pojęciem tak dobrze znanym i często opisywanym, że wśród intelektualistów pojawiła się nawet tendencja, aby części Starego Kontynentu określać mianem „postchrześcijańskich”. Jak pokazuje Europejskie Badanie Wartości, dzisiaj - w porównaniu z danymi sprzed choćby osiemnastu lat - coraz mniej Europejczyków chodzi do kościoła, wyznaje chrześcijańskie credo czy w ogóle wierzy w Boga.

Niektóre części tej sceny są nie tylko postchrześcijańskie, ale również wyraźnie anty chrześcijańskie, o czym świadczy ciągle wydłużająca się lista demonstracji na rzecz sekularyzacji, a także wydarzeń publicznych, które zostały zakłócone przez agresywnych ateistów. Niektórzy komentatorzy używają nawet określenia „chrystofobia”, aby wyrazić zaciekłość, z jaką niektórzy Europejczycy, w tym wysoko postawione osoby publiczne, odrzucają wpływ chrześcijaństwa na przeszłość i teraźniejszość Zachodu.

Ta religijna wolta w samym sercu dawnego świata chrześcijańskiego ma z kolei ogromny wpływ na sposób życia większości mieszkańców Europy Zachodniej. Zanik wiary religijnej przeobraził praktycznie każdy aspekt ich istnienia, od narodzin po śmierć: politykę, prawo, małżeństwo (lub jego brak), sztukę, edukację, muzykę, kulturę popularną oraz inne kwestie, zarówno wzniosłe, jak i przyziemne, które dawniej znajdowały się pod wpływem Kościoła, a nawet były przez niego zdominowane. W niektórych krajach przepisy prawne, które kiedyś faworyzowały chrześcijan, teraz czynnie ich dyskryminują.

Coraz więcej mieszkańców Zachodu doświadcza kluczowych momentów w życiu bez żadnej oprawy religijnej. Przychodzą na świat bez chrztu, mają dzieci bez ślubu, ceremonię religijną zastępują ślubem cywilnym. Rzadko, o ile w ogóle, przestępują próg kościoła, a po śmierci ich ciała zostają spalone i rozsypane na wietrze, a nie złożone w całości w ziemi i żegnane modlitwami, jak tego wymagał dotychczasowy chrześcijański obrządek.

Pielgrzymi Pielgrzymi w Santiago de Compostela To prawda, że istnieją wyjątki od tej ogólnej zasady upadku zachodniej religijności. Do często przywoływanych przykładów należą pewne denominacje protestantyzmu ewangelikalnego, które rozkwitają pomimo panujących trendów sekularyzacyjnych. Ponadto w szeregach za-równo katolickich, jak i protestanckich pojawiły się niezwykle silne ruchy odnowy religijnej. Bez trudu można znaleźć także inne przejawy chrześcijańskiego życia, nawet w społeczeń-stwach zdominowanych przez ateizm i agresy-wny sekularyzm, które w sposób niezamierzony przyczyniają się do powstawania ruchów kontr-kultury religijnej.

Jednym z dowodów takiego rozprzestrzeniającego się ożywienia jest niezwykle popularny nowy program edukacji chrześcijańskiej zwany „Kursem Alfa”, który powstał w ramach odnowy ewangelizacyjnej anglikańskiej wspólnoty w Wielkiej Brytanii. Kurs, w którym według organizatorów wzięło udział już ponad siedemnaście milionów osób, został zaadaptowany, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i poza nią, przez wiele innych wyznań chrześcijańskich, w tym prezbiterianów, zielonoświątkowców, luteranów, baptystów i metodystów.

Innym wskaźnikiem pobożności są katolickie miejsca pielgrzymkowe, które w całej Europie wciąż przyciągają miliony pątników rocznie. Niektóre z nich, zwłaszcza Santiago de Compostela w północnej Hiszpanii, w ostatnich latach niezwykle zyskały na popularności.

W samym Kościele katolickim oraz wokół niego powstały - właśnie jako odpowiedź na nowoczesność - prężnie działające ruchy odnowy, takie jak Opus Dei czy Comunione e Liberazione (Komunia i Wyzwolenie), które rozprzestrzeniły się z Europy na inne kontynenty. Jak wskazują dwa ostatnie przykłady, a także jak często przypominają optymistycznie nastawieni duchowni i wierzący, którzy naukowo zajmują się tymi tematami - w wielu miejscach poza krajami rozwiniętymi chrześcijaństwo, zarówno protestanckie, jak i katolickie, nabiera wciąż większego rozpędu.

Mimo to, jeżeli skupimy wzrok tylko na Europie i pozostałych częściach Zachodu - szczególnie elitarnych kręgach, takich jak świecka edukacja wyższa - dostrzeżemy, że wiele osób postrzega kościoły jako zwykłe artefakty, niekiedy krępujące lub wręcz znienawidzone przypomnienie o ich zdaniem niechlubnej przeszłości przesyconej moralnym zepsuciem, prześladowaniami, wojnami religijnymi i innymi mrocznymi wydarzeniami z kart historii.

Od niegdyś bogobojnej Irlandii po Niemcy, dawną siedzibę Świętego Cesarstwa Rzymskiego; od na wskroś laickiej Skandynawii po niegdysiejsze bastiony wiary: Hiszpanię, Francję czy nawet Włochy; krótko mówiąc, w całej współczesnej Europie Zachodniej wielu wykształconych ludzi uważa chrześcijaństwo za gatunek zagrożony albo wręcz już wymarły.

Ta ogromna zmiana ma również wiele aspektów czysto ludzkich, z których tutaj możemy krótko omówić tylko niewielką część. Na całym Starym Kontynencie ministranci w podeszłym wieku człapią przez kościoły, w których nie ma żadnych dzieci, a grono wiernych stanowi garstka emerytów. Chmary turystów w Notre Damę i innych katedrach kłębią się wokół coraz bardziej opustoszałych ławek przeznaczonych dla modlących się. Dawne opactwa i klasztory są zamieniane w luksusowe hotele czy sybaryckie spa. Kościoły, które przez lata były zamknięte na głucho, teraz pełnią funkcję mieszkań, dyskotek, a niekiedy nawet meczetów.

Jednym ze znaczących przykładów zderzenia między religią a rynkiem nieruchomości jest chociażby Kościół Anglii, który w latach 1970-2005 zamknął około tysiąca siedmiuset budynków, czyli 10% swoich wszystkich zabudowań w kraju, a w samym Londynie od 2001 roku przekształcono około pięciuset kościołów różnych wyznań. Pustka panująca w kościołach sprawia, że jeszcze większą uwagę przyciąga życie tętniące w meczetach. Nic więc dziwnego, że ostatnio na półkach pojawiają się kolejne książki opisujące upadek chrześcijaństwa i rozkwit islamu.

Kolejnym dowodem na to, jak kolosalny wpływ na Europę ma słabnięcie chrześcijaństwa, jest obecny klimat społeczny, który bardzo odbiega od konserwatyzmu, z jakim może się kojarzyć określenie „Stary Kontynent”. Słynne ze swojej liberalności i libertynizmu stolice, takie jak Amsterdam i Berlin, szczycą się jednymi z najbardziej popularnych dzielnic czerwonych latarni na świecie.

Ta przemiana obyczajów społecznych przenika nawet do najbardziej powszednich sfer życia. Jawne eksponowanie pornografii w kioskach z gazetami jest tu znacznie częstszym zjawiskiem niż w Stanach, na wielu modnych plażach normę stanowi chodzenie nago, a ulubioną grą towarzyską wyrafinowanych polityków, intelektualistów i innych osobistości jest wyśmiewanie względnego „purytanizmu” Amerykanów - o czym szybko przekona się każdy jankes podróżujący po Europie.

Częścią tej samej transformacji jest fakt, iż otwarta wrogość wobec religii, szczególnie chrześcijaństwa, osiągnęła rekordowo wysoki poziom, nienotowany w całym okresie powojennym. Kilka lat temu dzięki swoim świetnie sprzedającym się książkom czołowi ateiści wynieśli antyreligijność na szczyty komercyjnego sukcesu, przy okazji sprawiając wrażenie, jak gdyby ścigali się między sobą o to, kto przedstawi wiarę i historię chrześcijańską w jak najgorszym świetle. Jednak te zaciekłe manifesty wydają się niezwykle łagodne w porównaniu z wieloma innymi incydentami.

Jak mogliśmy zaobserwować również na przykładzie wydarzeń z kilku ostatnich lat, oficjalne zagraniczne wizyty papieża i innych wysoko postawionych katolickich duchownych stały się wiarygodnym probierzem nastrojów antychrześcijańskich. Niegdyś stanowiły okazję do publicznej celebracji modlitwy, dziś wywołują publiczne protesty od Madrytu przez Londyn po Berlin, a nawet tuż obok samego Watykanu - na uniwersytecie La Sapienza w Rzymie.

Nie tylko demonstracje, ale również charakterystyczny dla nich zajadły ton świadczą o głębokim rozkładzie wewnątrz samego sekularyzmu - manifestanci najwyraźniej nie potrafią się powstrzymać od ciągłego rozdrapywania tego, co uważają za rany zadane przez historię wiary i wierzenia religijne. Niektóre z tych protestów są tak wręcz nienawistne i wulgarne, że można by się było spodziewać, iż zostaną potępione przez tolerancyjne społeczeństwo - oczywiście, gdyby celem ich ataków było cokolwiek innego niż chrześcijaństwo.

Oto zaledwie kilka z wielu odsłon dramatycznie odmienionego krajobrazu społecznego na Starym Kontynencie, naszkicowanych tu, aby choć trochę uzmysłowić zakres oraz prędkość obecnych religijnych przemian.

Teraz odłóżmy na bok ten krajobraz i przyjrzyjmy się krótko lecz wnikliwie drugiemu wielkiemu upadkowi naszych czasów: upadkowi rodziny naturalnej, który również dokonuje się w rozwiniętych krajach Zachodu. Podobnie jak słabnięcie chrześcijaństwa, kryzys naturalnej rodziny zmienił kształt dotychczasowego świata niemal każdemu mężczyźnie, kobiecie i dziecku żyjącym dziś w zachodnim świecie.

Przez lata świeccy socjologowie zastanawiali się nad znaczeniem tych transformacji, które doprowadziły do zmniejszenia wpływu rodziny naturalnej na życie jednostki. Rozwód, samotne rodzicielstwo, szerokie rozpowszechnienie środków antykoncepcyjnych, legalne aborcje, gwałtowny spadek przyrostu naturalnego na Zachodzie - to tylko niektóre z ogromnych zmian w strukturze rodziny, na których skupiają się badacze. I choć zarówno eksperci, jak i laicy mają swoje zdanie na temat tego, czy zmiany te mają pozytywny czy negatywny wydźwięk dla społeczeństwa, nikt na poważnie nie twierdzi, że radykalna transformacja rodziny w całym zachodnim świecie nie miała miejsca. Jest ona bezspornym faktem.

Zacznijmy od omówienia najbardziej ewidentnej z tych zmian: nieustannego spadku przyrostu naturalnego. Według Eurostatu, najbardziej wiarygodnego źródła europejskich statystyk, w latach 1960-2010 współczynnik dzietności zmniejszył się we wszystkich krajach, a w większości z nich odnotowano wręcz drastyczny spadek.

Nie trzeba być statystykiem (ja nim z pewnością nie jestem), aby zrozumieć, w jakim kierunku zmierza ta społeczna zmiana dotycząca dzieci. Pomijając pojedyncze wahania wykresu, wyraźnie widać, że liczba narodzin dramatycznie spadła. Jak podaje Eurostat, choć w ostatnim czasie liczby wykazują niewielką tendencję zwyżkową, „w wielu państwach członkowskich całkowity współczynnik dzietności gwałtownie zmalał pomiędzy rokiem 1980 a latami 2000-2003, spadając znacznie poniżej poziomu zapewniającego zastępowalność pokoleń”.

Wiele ostatnio napisano o konsekwencjach tej rewolucji demograficznej i w dalszej części książki pojawią się głosy stosownych ekspertów. Na razie jednak ograniczmy się do jednego, niekontrowersyjnego stwierdzenia: spadek przyrostu naturalnego jest demograficznym faktem, który radykalnie odmienił oblicze obecnych i przyszłych rodzin.

Dodajmy do tego kolejne zmiany: najwyższa w historii liczba zarówno rozwodów, jak i dzieci urodzonych w związkach nieformalnych. Te dwa zjawiska nasiliły się gwałtownie na Zachodzie w tych samych latach, w których obniżył się współczynnik dzietności. Skupmy się na wskaźnikach dotyczących urodzeń pozamałżeńskich, wykorzystując ponownie dane Eurostatu dla przedziału czasowego: 1960-2010. W tym okresie odsetek nieślubnych dzieci - niegdyś nazywanych bękartami, potem dziećmi z nieprawego łoża - nieustannie wzrastał we wszystkich krajach Europy (a także w Stanach Zjednoczonych). Tu również nie potrzeba eksperta, aby zrozumieć ogólny kierunek transformacji rzeczywistości, w jakiej obecnie przychodzi na świat wiele niemowląt na Zachodzie.

Chcę jeszcze raz podkreślić, że moim celem nie jest opowiadanie się za tymi zmianami lub przeciw nim. Nie będę też dzielić włosa na czworo w akademickich debatach na temat poszczególnych tabel, wykresów czy diagramów. Zamiast tego chcę wykazać, że te potężne wstrząsy społeczne odbijają się echem na bardzo wielu płaszczyznach. Jakże mogłoby być inaczej? Od kilkudziesięciu lat badacze próbują zrozumieć potężne implikacje, jakie niesie ze sobą ten nowy model rodziny, a ich przemyślenia pojawią się w kolejnych rozdziałach.

Na razie jednak wystarczy, jeżeli ustalimy, że fakt istnienia tych silnych trendów - mniejszej liczby dzieci, większej liczby rozwodów oraz rodziców pozostających poza związkiem małżeńskim - sam w sobie nie budzi kontrowersji nawet wśród badaczy, ponieważ potwierdzają go wyraźne dowody empiryczne. Podkreślam raz jeszcze, że „upadek” rodziny nie oznacza wcale, iż obecnie członkowie rodziny okazują sobie mniej miłości niż niegdyś, dzieci nie chcą już słuchać bajek na dobranoc, nadchodzi „koniec ludzkości” albo że wydarzy się coś innego, co można opisać równie trywialną formułką. Chodzi raczej o zauważenie, że - dokładnie tak jak w przypadku chrześcijaństwa na Zachodzie - rodzina jako instytucja ma zdecydowanie mniejszy wpływ na jednostkę niż dawniej. Z tą utratą władzy rodziny wiążą się nie tylko kwestie demograficzne, ale także fundamentalne pytania o tożsamość - to, co kiedyś większość ludzi uważała za stałe i niezmienne więzy rodzinne, dzisiaj podlega nieustannej transformacji.

Dawno temu jeżeli ktoś ożenił się z twoją siostrą, zostawał na całe życie twoim szwagrem. W dzisiejszych czasach taki mężczyzna będzie twoim szwagrem tak długo, jak on albo/i twoja siostra będą chcieli być razem. Jeżeli natomiast się rozwiodą, jego miejsce może teoretycznie zostać zajęte przez innego męża lub partnera twojej siostry. Gdy spojrzymy na to zagadnienie z jego punktu widzenia, to w nie tak dawnej przeszłości mężczyzna po poślubieniu twojej siostry nie miał możliwości, aby przestać być twoim szwagrem (do końca życia musiał także pozostać mężem twojej siostry, zięciem twojego ojca, wujkiem twojej córki i tak dalej). Dzisiaj każda z tych tożsamości, niegdyś uważanych za stałe, może oczywiście ulec zmianie w zależności od intencji jego lub jego żony.

To tylko jeden przykład tego, jak zderzenie ze współczesnym światem doprowadziło do radykalnego przedefiniowania rodziny. Bez trudu można podać wiele innych. W filmie Ojciec chrzestny II, gdy główny bohater, Michael Corleone, przeżywa kłopoty małżeńskie, jego matka pociesza go, stwierdzając stanowczo, że rodziny nie można utracić. Być może tak było na jej rodzinnej, tradycjonalistycznej Sycylii, ale Michael - w przeciwieństwie do swojej mammy - wie, że we współczesnym świecie zachodnim nie jest to prawdą. Właśnie dlatego, że krewni, szczególnie ci posiadający największą władzę, mogą przedefiniować rodzinę wedle swojego uznania, można dzisiaj „utracić” ją w sposób nigdy wcześniej nie spotykany. Więzi biologiczne, i tylko one, pozostają niezmienne.

Więzi rodzinne nie definiują współczesnych kobiet i mężczyzn tak, jak określały tożsamość naszych przodków. Dla wielu osób „rodzina” jest - przynajmniej w pewnym stopniu - związkiem luźnych powiązań, które mogą w każdej chwili zostać zerwane w zależności od ich woli. Mówiąc oględnie, na tle dotychczasowej historii ludzkości jest to raczej nowatorski i śmiały fakt socjologiczny.

Podobnie jednak jak z upadkiem chrześcijaństwa, któż potrzebuje socjologii, aby przekonać się, że rodzina jest słabsza niż kiedyś? Większości z nas wystarczą nasze własne doświadczenia lub relacje znanych nam osób. To właśnie rozpad rodziny napędza niekończącą się rewię dysfunkcji w zachodnich mediach. Wystarczy pomyśleć o transmisjach rozpraw rozwodowych, testów na ojcostwo, publicznych rozpadów związków czy reszcie niezamierzenie pouczających programów, które do cna wykorzystują osłabione ognisko domowe. Gdyby upadek rodziny nie był faktem, telewizja nadająca reality show musiałaby go wymyślić.

A jeżeli potrzebujemy bardziej ważkiego dowodu na to zjawisko, możemy spojrzeć na kryzys ekonomiczny zagrażający obecnie państwom opiekuńczym w całym rozwiniętym świecie. Od 2008 roku na pierwszych stronach gazet co chwila pojawiają się informacje o demonstracjach przetaczających się od Aten po Madryt, od Londynu po Barcelonę i z powrotem. Od lat rynki finansowe dręczy strach, że Grecja, Włochy lub Hiszpania mogą zbankrutować, pociągając za sobą resztę Unii Europejskiej. Ten strach przed „efektem domina” nie ogranicza się tylko do kwestii finansowych. Na ulicach malowniczej Europy widać płomienie, wzburzony tłum i maski gazowe, a stopa bezrobocia w niektórych krajach przekracza 25 procent. Dlaczego?

Wiele osób wciąż nie do końca rozumie (przynajmniej na razie), że ten tlący się kryzys ekonomiczny w Europie w ogóle by nie zaistniał, gdyby nie ukryte, wielopłaszczyznowe problemy wywołane przez upadek rodziny. Zmniejszenie się rodziny pod względem czysto liczbowym oznacza, iż w zachodnich gospodarkach starszych obywateli utrzymuje zbyt mało młodych pracowników - z pewnością znacznie mniej, niż przewidzieli to wizjonerzy i politycy, którzy stworzyli współczesne państwa opiekuńcze. Fakt, że utrzymywanie państw opiekuńczych praktycznie zmieniło się w piramidę finansową, jest w tej chwili chyba najbardziej palącą kwestią polityczną.

Jak silny jest związek pomiędzy ekonomicznymi problemami Starego Kontynentu a niskim współczynnikiem dzietności i zmianami z nim związanymi? Zdaniem demografa Nicholasa Eberstadta „szacuje się, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat koszty związane ze starzeniem się społeczeństwa stanowiły około połowę wzrostu długu publicznego gospodarek krajów należących do OECD” (podkreślenie moje). Eberstadt wraz z Hansem Grothem, przewodniczącym Światowego Towarzystwa Demograficznego [ang. World Demographic Association], wyliczyli również, że w krajach należących do OECD wzrost o każdy punkt procentowy w proporcji seniorów powyżej 65. roku życia do całej populacji kraju wiąże się ze wzrostem o 7 punktów procentowych w proporcji długu publicznego do produktu krajowego brutto (PKB).

Spadek dzietności przeobraża ogólny obraz świata także w inny istotny sposób. Ali Alichi, ekonomista z Międzynarodowego Fundusz Walutowego, zauważył, że starsi obywatele mają mniejszą motywację, aby spłacić dług - jest to kolejny prozaiczny fakt o wydźwięku globalnym. „Ponieważ liczba starszych wyborców w stosunku do młodszych wzrasta na całym świecie - stwierdza Alichi - wiarygodność kredytowa krajów biorących pożyczki może spadać, powodując ograniczenia kredytowania zewnętrznego i doprowadzając do niewypłacalności narodowego długu”. Jest to chyba najbardziej dobitne stwierdzenie dotyczące przemożnego wpływu demografii na dzisiejszą politykę, a także bardzo trafne podsumowanie tego, co można nazwać demograficzną grą na przetrzymanie.

Ponadto rozpad rodziny zwiększa presję na państwa opiekuńcze - które i tak już znacznie przekraczają swoje finansowe limity - ponieważ coraz więcej osób oczekuje, że ich rząd wypełni obowiązki niegdyś należące do synów, córek, niezamężnych ciotek i tym podobnych. Ponieważ rodziny się kurczą, rozpadają i przeobrażają, odzwierciedlając fakt, iż niegdyś nierozerwalne więzy stają się coraz bardziej niezobowiązujące i tymczasowe, mieszkańcy Zachodu wywierają coraz większą presję na państwo, aby pełniło funkcję substytutu rodziny, zwłaszcza substytutu ojca.

Ten fakt został doskonale, choć z pewnością niezamierzenie, zilustrowany w 2012 roku w Stanach Zjednoczonych, kiedy sztab wyborczy prezydenta Baracka Obamy ukazał życie fikcyjnej młodej kobiety o imieniu Julia, która korzysta z pomocy państwa na każdym etapie swojego życia, od żłobka po emeryturę - a wsparcie to jest państwowym substytutem tego, co kiedyś byłaby w stanie zapewnić jej rodzina wielopokoleniowa.

Z drugiej strony, ponieważ państwo zaczęło przejmować kolejne obowiązki niegdyś spoczywające na naszych bliskich, próby zachęcania ludzi do ciężkiej pracy, jaką jest utrzymanie rodziny w komplecie, spotykają się coraz częściej z niechętną reakcją: „Po co się przejmować rodziną? Przecież wysokość emerytury i tak się nie zmieni”. A przynajmniej tak się przez chwilę wydawało - teraz już wiemy, że to nieprawda. W ten sposób rozbudowane państwo opiekuńcze rywalizuje z rodziną o rolę głównego opiekuna jednostki, przy okazji osłabiając pozycję samej rodziny.

Innymi słowy, transformacja relacji rodzinnych jest motorem etatyzmu, który z kolei napędza upadek rodziny. To również jest częścią szerszego społecznego i politycznego kontekstu niezbędnego do zrozumienia tez przedstawionych w dalszej części książki.

Podkreślam raz jeszcze: określenie „upadek” używane do opisania tego, co stało się z zachodnią rodziną przez ostatnie stulecie, nie ma tu wydźwięku pejoratywnego - podobnie jak mówienie o „upadku” wiary nie jest obraźliwe w stosunku do chrześcijan jako takich. To po prostu fakt - którego nikt poważny nie kwestionuje i który można bez trudu wszędzie zaobserwować - że współczesna zachodnia rodzina nie wywiera już takiego wpływu na jednostkę, jak to miało miejsce w większości społeczeństw na przestrzeni historii ludzkości.

Tak samo faktem jest, iż w porównaniu z zarówno odległą, jak i stosunkowo niedawną przeszłością kościoły chrześcijańskie mają teraz znacznie mniejszą władzę nad życiem wielu osób, które określają się mianem „chrześcijan”.

Podsumowując naszą dotychczasową krótką podróż: współczesne rodziny w krajach rozwiniętych są mniejsze niż niegdyś; są również bardziej rozproszone; w wielu przypadkach rodzice nie są małżeństwem; coraz częściej rodziny są w różny sposób „zrekonstruowane” (tzw. „rodziny patchworkowe”, składające się np. z rodziców i ich dzieci z poprzednich związków), a członkowie rodziny regularnie spędzają większość swojego czasu poza domem. Niewiele rodzin wielopokoleniowych mieszka dziś pod jednym dachem; od żłobków przez ośrodki terapeutyczne i szpitale po domy spokojnej starości - instytucje publiczne wychodzą naprzeciw potrzebom, które kiedyś były zaspokajane przez dom.

Laboratoria tworzące hybrydy rodzinne przyszłości coraz bardziej podważają biologiczne podstawy rodziny naturalnej poprzez szereg praktyk, które jeszcze kilka dekad temu nawet nie istniały: zapłodnienie in vitro, macierzyństwo zastępcze, anonimowe oddawanie spermy, bezterminowe mrożenie komórek jajowych oraz wiele innych eksperymentów w radykalnie nowy sposób odpowiadających na pytanie o teraźniejszość i przyszłość rodziny.

Raz jeszcze podkreślam: dla naszych celów nie ma znaczenia, jak Ty albo ktokolwiek inny ocenia te zmiany. Oczywiście niektórzy - zwłaszcza tradycjonaliści i konserwatyści - ubolewają nad osłabieniem tradycyjnych więzów rodzinnych, uważając, że w wielu kwestiach pogorszyło to sytuację poszczególnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Inni - szczególnie liberałowie i postępowcy - przyjmują je z radością, twierdząc, że współczesne modyfikacje rodziny pomagają humanizować tę opresyjną, niekiedy wręcz autorytarną instytucję. Są również osoby niezbyt religijne czy zaangażowane politycznie, które mają swoje własne zdanie na temat tego, co sprawia, że rodzina jest dobra lub zła, wywołująca zachwyt lub niechęć, zasługująca na poparcie lub na potępienie.

Naszym zadaniem jest tutaj wyjście poza utarte ścieżki dobrze nam znanych wojen kulturowych i dzięki spojrzeniu z szerszej perspektywy dotarcie do jeszcze niezbadanych obszarów. Jak pokazuje nawet ta stosunkowo krótka podróż intelektualna, nasze życie rodzinne bardzo różni się od typowego doświadczenia naszych przodków czy nawet ludzi z poprzedniego pokolenia. Dzieje się tak w dużej mierze dlatego, że w porównaniu z ludźmi, którzy żyli przed nami, mamy mniej biologicznych krewnych, a nasze więzi z nimi stają się coraz słabsze.

Jak trafnie to ujął Peter Laslett w swoim klasycznym i wciąż fascynującym dziele z 1965 roku, The World We Have Lost: England before the Industrial Age [„Świat, którego już nie ma. Anglia przed rewolucją przemysłową”]: „Niegdyś całe życie spędzało się w rodzinie, w kręgu kochanych, znajomych twarzy [...]. Ten czas bezpowrotnie minął. To sprawia, że bardzo różnimy się od naszych przodków”. Argumentacja na kolejnych stronach tej książki zależy w dużym stopniu od wnikliwego zrozumienia stwierdzenia Lasletta.

Podobnie jak upadek religii, osłabienie rodziny to nie tylko szereg trendów społecznych roztrząsanych przez uczonych, ale również głęboka przemiana odbijająca się w ludzkich twarzach. Niektóre z nich wydają się rzeczywiście zadowolone, a przynajmniej znacznie mniej nieszczęśliwe, niż byłyby w dawnych czasach: twarze dorosłych, którzy dzięki rozwodom bez orzekania o winie mogą bez przykrych skutków prawnych zakończyć nieudane małżeństwo i szukać spełnienia w nowym związku; samotnych matek oraz ich dzieci, które kiedyś zostałyby napiętnowane za wychowywanie się w domu bez ojca, a dziś stanowią jedną z dopuszczalnych norm społecznych; mężczyzn i kobiet, których osobiste wybory seksualne byłyby potępiane lub wręcz prześladowane w dawnych czasach; i wielu innych.

Natomiast inne oblicza ukazują ciemniejszą stronę tego nowego świata: starzejące się, bezdzietne osoby, które gdy zachorują, muszą zwracać się po pomoc do znajomych lub instytucji państwowych, a nie do swoich krewnych; dzieci urodzone w mniejszych i starszych rodzinach, które spędzą większość dorosłego życia bez żadnych bliskich biologicznych krewnych i które nigdy nie poznają zalet oraz wad gwarnej rodziny wielopokoleniowej; a przede wszystkim wiele dzieci, które nie będą miały okazji doświadczyć tego, co większość poprzednich pokoleń uważała za coś oczywistego - obecności w domu dwojga biologicznie spokrewnionych z nimi rodziców, którzy będą stanowić stały punkt odniesienia także dla kolejnych pokoleń jako dziadkowie swoich biologicznych wnuków.

Na końcu tej skali zmian można zaobserwować pewne dość wstrząsające zjawiska. Jak należy rozumieć fakt, że dzieci stworzone z komórek anonimowych dawców spermy są teraz tak liczne, że około połowa z nich martwi się, iż w przyszłości będąc w kimś w związku może nieświadomie dopuścić się kazirodztwa? A co ze starszymi Japończykami, którzy traktują elektroniczne zabawki jako substytut wnuków? Albo z nieprzewidywalnymi skutkami biotechnologii, które mogą niekiedy doprowadzić do tragedii - tak jak niedawno w przypadku mieszkanki Indii, która zmarła w połogu, gdy pełniła rolę płatnej surogatki (matki zastępczej) dla bogatych mieszkańców Zachodu, osierocając dwoje własnych dzieci. Raz jeszcze, nie chodzi tu o poparcie lub krytykowanie tych zmian, ale o zwrócenie uwagi na to, jak ogromny i wieloaspektowy jest ich zasięg.

Podsumowując, upadek zachodniej rodziny zmienił rytm codziennego życia od chwili narodzin aż po grób: to, w jaki sposób wychowuje się dzieci, kiedy zaczyna się i jak długo trwa edukacja, jak przebiega opieka nad chorymi, jak wygląda łoże śmierci, a także wszystko pomiędzy.

Zanik tradycyjnych więzów rodzinnych oraz religijności oznacza, że my, mieszkańcy współczesnego Zachodu, wiedziemy życie, o którym nawet nie śniło się naszym przodkom. Pod wieloma względami jesteśmy od nich o wiele mniej zniewoleni; prawdopodobnie jesteśmy najbardziej wolnymi ludźmi w historii całej ludzkości. Równocześnie jesteśmy także w większym stopniu pozbawieni pokrzepienia płynącego z wiary oraz bliskich relacji z krewnymi, którego doświadczało większość mężczyzn i kobiet żyjących przed nami. Ten fakt - co będę próbowała udowodnić - ma znacznie szersze reperkusje, niż się do tej pory wydawało.

Badania nad tymi dwoma epokowymi przemianami dopiero się zaczynają. Celem tej książki jest wniesienie w tę dyskusję mojego skromnego wkładu, tak abyśmy mogli lepiej zrozumieć ten nowy, całkowicie przeobrażony krajobraz społeczny, ekonomiczny, moralny i religijny. Mając przed oczami dwa szkice na temat wiary i rodziny w dzisiejszym świecie zachodnim, zastanówmy się nad zasadniczym pytaniem, któremu poświęcony jest ten tekst: jaki jest faktyczny związek pomiędzy dwoma potężnymi trendami współczesności - upadkiem religijności oraz upadkiem rodziny?

Jest to kluczowe dla naszych dociekań pytanie o to, co było pierwsze. O ile mi wiadomo, nigdy wcześniej nie poświęcono mu tak wnikliwego opracowania, więc zarówno samo pytanie, jak i znajdująca się na kolejnych stronach próba odpowiedzi wnoszą coś nowego do dyskusji. Główna teza tej książki głosi, że w obiegowym, świeckim wyjaśnieniu tego, jak i dlaczego chrześcijaństwo upadło w niektórych częściach Zachodu, istniała - i nadal istnieje - znacząca luka. Tym brakującym elementem jest coś, co nazwę „czynnikiem rodzinnym”.

Mówiąc prosto, „czynnik rodzinny” oznacza nową ideę: związek przyczynowo-skutkowy między rodziną a religią, w szczególności chrześcijaństwem, zachodzi nie w jednym - lecz w obu kierunkach. Innymi słowy, założenie rodziny nie jest wyłącznie skutkiem przekonań religijnych, jak twierdzi świecka socjologia. Samo założenie rodziny jest także czynnikiem przyczynowym, który może wpłynąć na wiarę oraz praktykę religijną danej jednostki. Jak będę chciała udowodnić, proces sekularyzacji nie został dostatecznie dobrze zrozumiany, ponieważ zapomniano wziąć pod uwagę ten „czynnik rodzinny” - czyli silny wpływ, jaki życie rodzinne wywiera na wiarę i praktykę religijną.

Krótko mówiąc, ta książka ma na celu radykalne odwrócenie konwencjonalnego wyjaśnienia tego, w jaki sposób religijność popadła w niełaskę w zachodnim świecie. Nie twierdzę, że to obiegowe wytłumaczenie jest całkowicie błędne - wręcz przeciwnie. Uważam jednak, że jest ono w znaczący sposób niepełne, co zmusza nas do zrewidowania teorii o nieuchronnym kresie chrześcijaństwa na Zachodzie. Jest to bardzo radykalna implikacja, do której powrócimy w podsumowaniu naszych rozważań.

...

Czy sekularyzacja w ogóle istnieje?

Teraz zapomnijmy na chwilę o intuicyjnych dowodach upadku zachodniego chrześcijaństwa, które zostały przedstawione we wstępie. W tym rozdziale zmierzymy się z radykalną tezą niektórych teoretyków twierdzących, iż pogląd o słabnięciu religijności jest sam w sobie iluzją wynikającą z nieumiejętności odczytania faktów w wystarczająco głęboki lub szczegółowy sposób. Utrzymują oni, że choć przeświadczenie, iż Zachód jest dzisiaj mniej chrześcijański niż niegdyś, jest ogólnie znane i przyjęte, opiera się ono na mylnej interpretacji dowodów.

Z pewnością nie jest to zbyt rozpowszechniony pogląd, jednak istnieje prosta przyczyna, dla której musimy się z nim zmierzyć: jeżeli jest on poprawny - jeżeli chrześcijaństwo, wbrew opiniom Matthew Arnolda, tygodnika „Time” oraz innych autorytetów, I nie stacza się po równi pochyłej - to w sposób oczywisty świat nie potrzebuje nowej teorii wyjaśniającej jego schyłek. W zasadzie światu nie jest potrzebna żadna teoria sekularyzacji, bo - jeśli opozycjoniści mają rację - nie ma co dywagować na temat upadku, który w ogóle nie miał miejsca.

Modlitwa Modlitwa Drugim powodem, dla którego musimy przyjrzeć się tej argumentacji, jest fakt, iż rzuca ona światło na tajemnicę leżącą u podstaw tej książki: po bliższym zbadaniu sprawy okazuje się, że coś jest bardzo nie w porządku z konwencjonalnym socjologicznym wy-jaśnieniem upadku chrześcijaństwa. Krytykując teorię sekularyzacji per se, nieprzychylni jej badacze w przydatny dla nas sposób wyjaśnili, na czym polegają jej liczne ograniczenia. W zasadzie, jak ostatnio zauważyło dwoje innych uczonych, Pippa Norris i Ronald Inglehart: „obecnie teoria sekularyzacji jest kwestionowana jak nigdy dotąd w jej długiej historii”. To spostrzeżenie zostało sformułowane nie przez krytyków tej teorii, lecz przez jej czołowych zwolen-ników.

Reasumując, teoria sekularyzacji jest słaba niczym ranna zwierzyna i czujne osoby po obu stronach barykady zdają sobie z tego sprawę. Zobaczmy więc, dokąd zaprowadzi nas trop.

Opozycjoniści biorący udział w tej debacie uważają, że inni badacze, szczególnie sekularyści, błędnie interpretują dowody empiryczne, umniejszając znaki czasu, które wskazują na żywotność lub odnowę chrześcijaństwa, a uwypuklając te, które sugerują jego osłabienie. Nazwijmy tych opozycyjnych myślicieli szkołą teorii sekularyzacji „no to co”, ponieważ w obliczu dowodów na słabnięcie religijności chrześcijańskiej, odpowiadają argumentami sprowadzającymi się do stwierdzenia: „No to co?”.

„No to co” nie jest oczywiście rzeczywistą szkołą. Jak to się czasami zdarza w nauce, jest to zbiór podobnych umysłów, które niezamierzenie doszły do tych samych wniosków. Jednak ich argumenty, razem wziąwszy, są do siebie tak zbliżone, iż możemy je potraktować jako wariacje na ten sam temat. A tym tematem przewodnim jest założenie, że wbrew obiegowej opinii chrześcijaństwo wcale nie traci swojej pozycji.

Zachód wcale nie utracił Boga, bo niedawne wydarzenia świadczą o rozkwicie chrześcijaństwa na świecie.

Od czasu ataków Al-Kaidy z 11 września 2001 roku pojawiło się wiele komentarzy na temat zaskakującej żywotności religii na świecie. Jak zauważyli zarówno wierzący, jak i niewierzący - wbrew twierdzeniom, że idea Boga odeszła już do lamusa - wiara religijna zainspirowała lub w inny sposób wpłynęła na najważniejsze, globalne wydarzenia z ostatnich lat. W pewnym sensie te wszystkie uwagi są uzupełnieniem słynnego spostrzeżenia socjologa Petera Bergera z 1990 roku, że „założenie, iż żyjemy w zsekularyzowanym świecie, jest błędne”, ponieważ „świat jest tak samo żarliwie religijny jak zawsze”.

Spójrzmy na choćby garść historycznych dowodów wspierających tezę, że religia nie utraciła swej potęgi. Przede wszystkim ponad dwie dekady temu na niemal całym świecie poniosła klęskę najbardziej agresywna ideologia sekularystyczna: marksizm i komunizm. Wielu obserwatorów postrzega obalenie komunistycznych rządów jako swego rodzaju symbol trwałości wiary. Religia nie tylko nie obumarła pod wpływem modernizmu i jego machinacji, co z nadzieją przepowiadał Marks, ale wręcz przeżyła - dzięki bezkrwawym rewolucjom z 1989 roku - komunizm, który został bezceremonialnie zrzucony w otchłań historii, wraz z nazizmem oraz kilkoma innymi zaciekłymi wrogami chrześcijaństwa.

Medytacja Medytacja Szczególnie szokująca była szybkość oraz zasięg tego nagłego rozpadu systemu, zwłaszcza dla osób, które uważały, iż u podstaw zimnej wojny leży konflikt pomiędzy wiarą chrześcijańską a zaciekle antyreligijną ideologią. Aby w pełni zrozumieć, jak bardzo dramatyczne wrażenie wywarły te wydarzenia, należy pamiętać o wielu inteligentnych osobach sądzących przez kilkadziesiąt lat, że w ostatecznym rozrachunku Zachód może przegrać tę walkę.

Sześćdziesiąt lat temu, w czasie apogeum zimnej wojny, nawet tak wytrawny obserwator, jak były komunista Whittaker Chambers wciąż wierzył, że odrzucając marksizm i opowiadając się za wolnym Zachodem, „opuszcza świat zwycięzców i wkracza do świata przegranych”. Chambers nie był w swoich poglądach odosobniony. Wielu innych zachodnich intelektualistów wierzyło, iż komuniści oraz ich oponenci faktycznie toczą pojedynek na śmierć i życie, a jego wynik jest wielką niewiadomą.

Oczywiście z perspektywy czasu takie obawy wydają się zupełnie bezpodstawne. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych centrum oporu przeciwko Sowietom stała się żarliwie katolicka Polska; gdy papież Jan Paweł II tak mocno zaangażował się w walkę z komunizmem, że niektórzy historycy przypisali mu potem kluczową rolę w ostatecznym obaleniu tego systemu; w skrócie, gdy wydarzenia na świecie niemal sprzysięgły się przeciwko wrogom wiary, idea „końca historii” religijności wydawała się jeszcze mniej prawdopodobna niż wcześniej5. Dlatego też los komunizmu został przez niektórych uznany za antytezę losu, jaki czeka Kościoły.

Nie brakuje również innych dowodów na niesłabnącą siłę chrześcijaństwa. Można zaobserwować, jak ciągłe potyczki z wrogimi ideologiami w niezamierzony sposób jeszcze bardziej wzmacniają pozycję apologetów chrześcijaństwa, gdyż nieustające, wieloaspektowe ataki nowoczesności wywołują często efekt „sprężyny”. Jak ujął to katolicki uczony, Robert Royal: „Trzy wieki negowania, sceptycyzmu, krytyki, rewolucji oraz pogardy ze strony niektórych z nas nie doprowadziły do oczekiwanego zmierzchu religii, a teraz przyczyniają się wręcz do jej odnowy”.

Z pewnością ten sam efekt nastąpił po zmasowanych ideologicznych atakach na chrześcijaństwo przeprowadzonych przez sławnych nowych ateistów. Pomimo komercyjnego sukcesu, jaki odnieśli oni w połowie pierwszej dekady XXI wieku, ich książki wywołały liczne kontrataki zarówno ze strony świeckich, jak i religijnych mediów na Zachodzie.

Cytując raz jeszcze Petera Bergera: te oraz inne dowody na „żarliwą religijność świata” oznaczają, iż „większość dzieł z dziedziny historii oraz nauk społecznych dotyczących szeroko pojętej «teorii sekularyzacji zasadniczo się myli”. Berger twierdzi, że w szczególności dwa zjawiska: amerykańska religijność, która jest zdumiewająca w porównaniu ze standardami Europy Zachodniej, oraz ożywienie globalnej sceny religijnej zadają kłam teorii sekularyzacji. W innym miejscu zauważa on: „moim zdaniem nieuniknioną konsekwencją modernizmu jest nie sekularyzacja - lecz pluralizm”.

Berger ma niewątpliwie rację, że religia wciąż zapisuje nowe karty historii, nie zważając na sprzeciwy ze strony sekularystów. Poza najbardziej dobitnym przykładem, jakim jest klęska komunizmu, spójrzmy także na kilka innych kluczowych wydarzeń na świecie z ostatnich dekad, których źródłem jest ferwor religijny: dojście do władzy fundamentalistów muzułmańskich pokroju ajatollaha Chomejniego w Iranie; islamistyczne ataki terrorystyczne na World Trade Center; niesłabnące wpływy polityczne koalicji katolickich i protestanckich konserwatystów w Stanach Zjednoczonych; zaskakująco trwały opór polityczny na Zachodzie wobec aborcji oraz innych „kwestii społecznych”. Można by dalej mnożyć przykłady wskazujące na to, że to sekularyzmowi, a nie religii bije dzwon historii.

Analizując te i podobne dowody na niesłabnącą pozycję religii, socjolog Jose Casanova dowodzi czegoś, co nazywa „deprywatyzacją” religii, czyli „odmowę przyjęcia przez tradycje religijne na całym świecie marginalnej i sprywatyzowanej roli, którą wyznaczyły im wspólnie teorie nowoczesności i teorie sekularyzacji”. Casanova oraz inni badacze zwracający uwagę na niespodziewaną trwałość religii - a w szczególności wiary chrześcijańskiej - mają po swojej stronie imponujący arsenał faktów. Nic więc dziwnego, że zdaniem niektórych to laicyzacja zachodniej Europy - a nie religijność reszty świata - jest fenomenem, który należałoby „wyjaśnić”.


*

 

Fragment książki: Mary Eberstadt - Jak Zachód utracił Boga


Data utworzenia: 24/01/2026 @ 07:03
Ostatnie zmiany: 24/01/2026 @ 10:10
Kategoria : Religie a socjologia
Strona czytana 9806 razy


Wersja do druku Wersja do druku

 

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

 
Trzecie Oczko
egea-muzyk.jpgPrometheus.jpgstarozytna-grecja_teatr.jpg0-oczko-amor.jpgMinotaur.jpg0-drachma.jpgbull.jpgapollo-grecja.jpg0-oczko-gorgona.jpg0-oczko-moschophoros.jpgorfeusz.jpg0-sowa-korynt.jpgpentheus.jpgnike.jpggreek-gold-coin.jpgdioncleophrades.pngsatyr.jpggreek-sil-coin.jpg0-oczko-terpsychora.jpg0-oczki-centaur.jpg0-ajax.jpg0-ajax2.jpgkon.jpeggold-aegina.jpgposeidon.jpgMycenaean_figurine_woman.jpgArtemis_Orthia.jpghermes-Didrachm.jpg0-Libation_Macron_Louvre.jpg0-oczko-atena.jpgGorgon.jpg0-oczko-hydra.jpg0-oczko-sfinks.jpg0-oczko-herakles.jpg0-oczko-apollo2.jpg0-kapitel-dorycki--Parthenon.jpg0-oczko-zeus.jpgMycenaean_Figurine_on_Horse.jpgEuropa.jpg0-oczko-hermes.jpg0-oczko-venus.jpgaegina.jpgMask-Dionysos.jpghermes-myzja.jpgidol-2.jpglabirynt-coin.jpg0-oczko-zeus2.jpg0-oczko-apollo.jpg0-atena-her.jpg0-krater.jpgAgamemnon.pngSerapis.gif0-minojska.jpggreek_music-coin.gifneander_coin.jpg0-oczko-swiatynia.jpgerechteum.jpgafrodyta.jpgGold_cup_from_Mycenae.jpgidol.jpgartemide.jpgmykeny.jpg0-oczko-maska.jpgmoneta-tyr-orfic.jpg0-swiatynia-afrodyty.jpg0-concordia-agrigento.jpghera.jpg0-oczko-syrena.jpgCentaur.jpg
Rel-Club
Sonda
Czy jest Bóg?
 
Tak
Nie
Nie wiem
Jest kilku
Ja jestem Bogiem
Ta sonda jest bez sensu:)
Prosze zmienić sondę!
Wyniki
Szukaj



Artykuły

Zamknij => WISZNUIZM <<==

Zamknij - Japonia

Zamknij BUDDYZM - Lamaizm

Zamknij BUDDYZM - Polska

Zamknij BUDDYZM - Zen

Zamknij JUDAIZM - Mistyka

Zamknij NOWE RELIGIE

Zamknij NOWE RELIGIE - Artykuły Przekrojowe

Zamknij NOWE RELIGIE - Wprowadzenie

Zamknij POLSKA POGAŃSKA

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Archeologia

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Bałtowie

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Manicheizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Konfucjanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Satanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Sintoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Taoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Zaratustrianizm

-

Zamknij EUROPA I AZJA _ _ JAZYDYZM* <<==

Nasi Wierni

 17342076 odwiedzający

 604 odwiedzających online