Rasputin i chłyści
Gdy Grzegorz Jefimowicz Rasputin z chłopaka wiejskiego stał się młodzieńcem, podobnie jak i inni przesiadywał w karczmach, uganiał się za dziewczętami i w krótkim czasie nawykł do hultajskiego i rozwiązłego trybu życia.
Nie zmienił się nawet wówczas, gdy poznał na jednym z syberyjskich „zebrań", na którym zbiera się cała wiejska młodzież, by bawić się, tańczyć i śpiewać — piękną blondynę Praskowię Fiedorownę Dubrowin, w której się zakochał. I mimo że niezadługo zaślubił ciemnooką, smukłą dziewczynę, nie zmienił rozpustnego trybu życia i dalej miewał nieczyste sprawki z kompanami i dziewczętami wiejskimi.
Wówczas to przeżył po raz drugi wielki moment, który pozostawił na nim niezatarte wrażenie. Niko-mu o tym nie wspomniał, zwierzył się z tego jedy-nie swemu zaufanemu przyjacielowi, Michałowi Peczerkinowi, gdy szli razem wzdłuż brzegu Tury, rozmawiając o żniwach, o stanie bydła, o koniach, o dziewczętach, i później przeszli na temat Boga. Opowiadał więc Rasputin, jak to orał w polu i miał właśnie, dokończywszy bruzdy, nawrócić konia, gdy nagle usłyszał za sobą cudowne pienia, jak gdyby chór śpiewających dziewcząt wiejskich.
Odwróciwszy się, ze zdziwienia wypuścił pług z ręki, gdyż tuż przed sobą ujrzał przecudowną postać niewieścią, Matkę Boską, kołyszącą się na złotych promieniach południowego słońca. W powietrzu rozbrzmiewał uroczysty śpiew tysiąca głosów anielskich, do których i Przenajświętsza Panna swój głos dołączyła.
Zjawisko to trwało tylko kilka chwil i natychmiast znikło; wstrząśnięty i do głębi przejęty, stał Grzegorz Jefimowicz na pustym polu, ręce mu się trzęsły i dalsza praca wydawała mu się ponad siły. Wieczorem, gdy udał się do stajni, by doglądać koni, opanowało go dziwne uczucie rzewności.
Głos wewnętrzny mu mówił, że Bóg przeznacza go do nadzwyczajnych zadań, równocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że będzie musiał porzucić ulubione konie, gospody, dom, ojca, żonę i dziewczęta, jeśli ma dopełnić owego wzniosłego przeznaczenia. Uważał więc wtedy za stosowne nie rozmyśliwać więcej nad ową wspaniałą wizją i nikomu o tym nie wspominać. Z całego jego otoczenia nikt, poza przyjacielem Peczerkinem, nie dowiedział się ani słowa o tym, co spotkało chłopca wiejskiego Griszę w owym dniu w szczerym polu i jakie to w nim rozbudziło myśli.
Wyszedłszy z wieku chłopięcego, Rasputin uprawiał w dalszym ciągu przede wszystkim rzemiosło ojcowskie, przewoził po długich, równych jak sznur gościńcach podróżnych i przeróżne towary, niekiedy aż do Tobolska, albo w drugim kierunku do Wierchoturia, leżącego u stóp bogatego w kruszce Uralu, gdyż tylko latem przepływały okręty koło Pokrowskoje, ułatwiając komunikację w dół do Tiumenu albo wzdłuż Tobołu do Tobolska. Kto zimą chciał podróżować w tych okolicach, mógł liczyć tylko na wóz albo sanki i w ten sposób młody furman Grzegorz wiózł nieraz podróżnych do najodleglejszych miejscowości tobolskiej i permskiej guberni.
Gdy już był w 33 roku życia, pewne zdarzenie w jednej z podróży z gruntu zmieniło jego życie i natchnęło go jakimś nowym duchem. Pewnego dnia wiózł do klasztoru w Wierchoturie studenta akademii duchownej, zakonnego nowicjusza Mileta Saborowskiego.
Między woźnicą a jego pasażerem duchownym nawiązała się na temat wiary i kościoła rozmowa, w której seminarzysta ku niezmiernemu swemu zdziwieniu przekonał się, że ten prosty mużyk znakomicie się wyznaje w rzeczach wiary. Pełen sympatii i zainteresowania dla woźnicy, starał się młody teolog skutecznie przekonać go, że jest wielkim grzechem poświęcać dla rozwiązłego życia tego rodzaju zdolności i skłonności.
Słowa podróżnego zrobiły na Rasputinie głębokie wrażenie; owe uczucia i myśli o Bogu i rzeczach wiary, którym już mały Grisza tak żarliwie się oddawał, teraz na nowo się w nim obudziły, w duszy jego ożyły uczucia, od lat zagrzebane w rozpuście i opilstwie.
Równocześnie to, co słyszał z ust swego pasażera, stawać się dlań poczęło zaczynem nowej wiary, już nie tej kościelnej, surowej, nie dającej biednemu, słabemu grzesznikowi nadziei zbawienia, lecz tej, w której rozpiera się radosne zwiastowanie i przeświadczenie, że i grzesznik już na tym padole osiągnąć może szczęśliwość wieczną, jeśli tylko przestrzegać będzie pewnych tajemnych przepisów „prawdziwej wiary". Ostatecznie udało się seminarzyście nakłonić Rasputina do tego, ażeby jeśli zajadą do Wierchoturia, nie wracał już więcej do domu, tylko pozostał w tamtejszym klasztorze.
Miejscowość Wierchoturie była jedną z owych syberyjskich, przedziwnych gmin klasztornych, która stosownie do założenia i trybu życia swoich mieszkańców podobna była raczej do wielkiego osiedla chłopskiego aniżeli do miejsca, przeznaczonego do praktykowania ćwiczeń religijnych. Mnisi z Wierchoturia przestrzegali wprawdzie ściśle reguł swego klasztoru i oddawali się pilnie ćwiczeniom religijnym; ale obok tego pracowali na gospodarstwie, uprawiali swoje grunta i poświęcali się przeróżnym zajęciom o charakterze świeckim. Dla Rasputina, jako chłopa, było też bardzo łatwą rzeczą stosować się do tej półklasztornej, półchłopskiej gminy; brał udział w ich modłach i ćwiczeniach pokutnych i chodził z nimi na roboty w polu.
Już po krótkim czasie zdołał ku swemu zdziwieniu zauważyć, że brać klasztorna dzieliła się na dwie grupy, z których jedna odgrywała niejako rolę więźniów, druga natomiast strażników więziennych; wyraźnie starano się stosunki te ukryć i zataić, nikt o tym chętnie nie mówił.
Z czasem Rasputin poznał bliżej braci, których tutaj, w odróżnieniu od innych, niepostrzeżenie pilnowano i nadzorowano; byli to jawni albo ukryci zwolennicy heretyckich wyznań „chłystów" i inni sekciarze, zesłani do Wierchoturia w celu poprawy i nawrócenia z powrotem na łono prawowiernego kościoła. Już od dawna uchodził klasztor w Wierchoturiu za zakład poprawczy dla odszczepieńczych zakonników. Bezustannie napływali doń mężczyźni ze wszystkich stron Syberii, budzący na początku nieufność u przeorów; z czasem jednak powstawało wrażenie, jakby się wyrzekali swych herezji.
Teraz dopiero przypomniał sobie Rasputin dziwne słowa młodego seminarzysty, którego wiózł do klasztoru, i zdał sobie sprawę, jak zasady głoszonej przez niego wiary różniły się od zasad prawowiernego kościoła, i zaczęło mu świtać w głowie, że ów seminarzysta chciał go pozyskać dla jakiejś sekty.
Wkrótce też przekonał się Rasputin, że zesłani odszczepieńcy tylko z pozoru zrzekli się swej błędnej wiary, aczkolwiek przestrzegali wszelkich przepisów kościelnych. Im więcej Rasputin zżywał się z bracią, czy to przy pracy w polu, czy też w wolnych, nie strzeżonych chwilach, tym bardziej gruntował w sobie przekonanie, że nie tylko odszczepieńcy nie porzucili swoich zasad wiary, ale przeciwnie, niejeden ze „strażników" przystawał do sekciarzy i cały klasztor w Wierchoturiu tylko na pozór stosował się do reguł prawowiernego kościoła, w rzeczywistości bowiem był on prawdziwą wylęgarnią sekciarstwa.
Prawie wszyscy mnisi uważali niezwykle surowy rytuał kościelny za zbiór próżnych formułek, których tylko z musu należało przestrzegać, aby nie popaść w konflikt z wyższą władzą; prawdziwą zaś wiarę każdy taił w sercu, postępując w myśl zasad Daniła Filipicza, który dwieście lat temu założył bractwo „chłystów" i przykazał swoim wiernym: „Zachowajcie przykazania moje w tajemnicy, nie powierzajcie ich ani ojcu własnemu, ani matce, bądźcie wytrwali i zachowajcie milczenie, chociażby was smagano i przypiekano ogniem; wtedy jeszcze za życia wnijdziecie do królestwa niebieskiego i osiągniecie wieczną szczęśliwość ducha".
Najwięcej sił czerpała sekta „chłystów" z tej właśnie tajemniczości. By ustrzec zasady wiary przed wszelką profanacją, jej twórcy nakazali swoim wiernym, by dla pozoru przestrzegać surowo form „fałszywej wiary", prawosławia, ba, nawet szczególnie pilnie do nich się przykładać.
Sam klasztor w Wierchoturiu mimo swojego sekciarskiego charakteru podtrzymywał pozory prawowiernego bractwa, poszczególni bracia, w miarę jak się przekonali do „chłystów", tym bardziej dla formy przestrzegali przepisów kościelnych. W krótkim też czasie i Rasputin dostał się w krąg sekciarzy, coraz to gorliwiej na pozór okazując posłuszeństwo formalnym regułom zakonu.
Z biegiem czasu dowiedział się od swoich braci, że obyczaje, modlitwa i ćwiczenia religijne przeznaczone są tylko dla ludzi nieoświeconych, chadzających w ciemnościach życia powszedniego, że kościół i duchowieństwo zeszli ze sprawiedliwej drogi Bożej. Kto drogą łaski styka się z Duchem Świętym i Bogiem, temu niepotrzebne rozumem ludzkim stworzone prawa i formy kościelne; sam zresztą Daniło Filipicz tylko z początku, przed objawieniem, studiował Ewangelię i nabożne księgi, później jednak, gdy doznał łaski, wrzucił wszystkie księgi do Wołgi, by odtąd jedynie w „złotej księdze żywota" doszukiwać się istotnej prawdy.
W ten sposób Rasputin, adept wiary „chłystów", stopniowo oddalał się od kościelnych zasad wiary, opartych na Piśmie Św., i przeżywał Boga bezpośrednio i w mistycznym upojeniu. Niezadługo też prawosławie stało się dlań zbiorem próżnych formułek, bez żadnego znaczenia dla zbawienia duszy. Poddał się woli św. Ducha i stał się prawdziwym ,,synem Bożym", „naśladowcą Chrystusa", głęboko przeświadczonym zwolennikiem sekty chłystów. Przyjmując komunię, chodząc do spowiedzi lub wybijając niezliczone razy pokłony przed ikonami w kościele klasztornym, równocześnie był przekonany o bezmyślności poszukiwań w zewnętrznych ceremoniach Boga, który tylko w żywym proroku mieszkać może.
Dla Rasputina, podobnie jak dla wszystkich chłystów, ta „obłuda" nie była żadnym grzechem i w niczym się nie sprzeciwiała prawdziwej bojaźni Bożej; sekciarz był święcie przekonany, że tylko przestrzegając przepisów „fałszywej wiary" potrafi swą prawdziwą wiarę zachować w tajemnicy, a co za tym idzie, i w czystości. Na zewnątrz stosowano się do wszelkich przepisów wiary prawosławnej i właśnie dlatego uchowała się w sercu czysta „prawdziwa wiara", „istniejąca wiara", w ten sposób powstała „wiara złożona", która przybierała na sile, w miarę jak władze świeckie i duchowne coraz okrutniej karały wszelkie odstępstwa od prawosławia.
W czasie gdy Rasputin stopniowo wnikał w „prawdziwą wiarę", a prawowierność jego na zewnątrz była bez zarzutu, okazywał mu się świat pełen najosobliwszych obietnic, nadziei i możliwości. Wiara sekciarzy uczyła przecież, że człowiek już na ziemi o każdym czasie i w każdym miejscu z Bogiem złączyć się może, że Bóg ciągle na nowo chadza między ludźmi, że owe cudowne wydarzenie w Nazareth, nie było czymś jednorazowym, ale przeciwnie, ciągle na nowo się powtarza.
Człowiek grzeszny i w życiu doczesnym potrafił zespolić się z Bóstwem i doznawać wszelkich wspaniałości niebieskich, jeśli tylko wpierw zdoła umrzeć „tajemniczą śmiercią Chrystusa", ową śmiercią przy żywym ciele, po której następuje mistyczne zmartwychwstanie. Kto raz tylko urodził się z ciała grzesznego, nosi na sobie piętno potępienia Adama, trwa w grzechu i podlega śmierci. Tylko człowiek po raz drugi odrodzony, z duchem, opiera się prawom śmierci i zdoła się wznieść ku wyższemu życiu.
Chłystowie uczą, że dopiąć „tajemniczej śmierci" można li tylko drogą zupełnego samozaparcia, przez bezwzględne poddanie się woli Sw. Ducha, przez stłumienie wszelkich żądz, gdyż odrodzenie staje się tylko wtedy możliwe, gdy pokonało się w sobie dawnego grzesznika! Kto atoli raz „tajemniczo zmartwychwstał", potrafi, duchem Bożym natchniony, dokonywać cudów, leczyć chorych, odsłaniać przyszłość; może umarłych powołać do życia, posiada moc łączenia i rozłączania, wybawienia dusz z mąk piekielnych i wprowadzenia ich do nieba, wynagrodzenia lub karania w dzień Sądu Ostatecznego. Staje się nową istotą, objętą Duchem Świętym, staje się nowym Chrystusem.
Ku swemu zdumieniu dowiedział się Rasputin, że Bóg od czasu Jezusa Nazareńskiego niezliczoną ilość razy wcielał się w pospolite postacie chłopów rosyjskich, chadzających pomiędzy ludem, ba, nawet zdaje się, że Pan szczególnie chętnie przebywa w świętej Rosji, by móc się objawiać w prostym człowieku.
Sam Bóg Ojciec na wozie ognistym w otoczeniu aniołów zstąpił na ziemię rosyjską w włodzimierskiej guberni i tamże, na pewnej górze w Starodubiu, przynależnym do obwodu murowskiego. wcielił się w chłopa Daniłę Filipicza, byłego dezertera. Odtąd żył Pan Zastępów w powłoce Daniła Filipicza, wędrował po wsiach guberni kostromskiej, przemawiał w języku prostego ludu i wskazywał mużykom prawdziwą drogę do zbawienia.
Także Chrystus, Syn Boży, w owym czasie zjawił się znowu na ziemi i podobnie jak Pan obrał sobie siedzibę w ciele grzesznego mużyka.
Stuletnia wieśniaczka ze wsi Makłakow, również w guberni włodzimierskiej, zaszła w ciążę ku pośmiewisku całej wsi ze stuletnim starcem. Timofiejewicz Susłow, syn tej dziwnej pary, chował się w domu u swych rodziców. Jako prosty syn chłopa upijał się w towarzystwie innych chłopów, wiódł życie rozwiązłe, aż spotkał go ucieleśniony Pan Zastępów, rozpoznał w nim syna swego Chrystusa i powołał do swego domu w włodzimierskiej guberni.
Święty przestrach przenikał Rasputina, gdy mu opowiadano, że z tej prostej chaty, gdzie zamieszkiwali razem Daniło Filipie? i Iwan Susłow, Bóg Ojciec i Chrystus, prowadziła prosta droga do nieba i pobożni, i oświeceni chłopi często widzieli, jak ci dwaj wspaniali mężowie unosili się w górę.
Iwan Susłow wybrał sobie spomiędzy chłopów dwunastu apostołów i wędrował z nimi brzegami Wołgi, aż go na rozkaz cara Aleksandra Michajłowicza pojmano, przywieziono do Moskwy i tamże ukrzyżowano na murach Kremla, niedaleko bramy Zbawiciela; w sobotę jednakże, na trzeci dzień po śmierci, wstał Susłow z grobu i objawił się swoim apostołom; schwytany przez siepaczy po raz drugi i odarty ze skóry, umarł po raz wtóry na krzyżu; atoli znowu zmartwychwstał.
W tym samym dniu, gdy go znowu uwięziono i po raz trzeci miano stracić, urodził się carycy syn. Piotr Aleksiejewicz, późniejszy Piotr Wielki. Ze względu na radosne wydarzenie zwolniony z rozkazu cara, żył jeszcze Iwan Susłow w Moskwie przez lat 30, aż wreszcie, mając sto lat, wzniósł się w całej swej świętości ku niebu, by zespolić się z. powrotem ze swym ojcem, Daniłą Filipiczem.
Po tym ostatnim Wniebowstąpieniu Pana Jezusa miał Zbawiciel ponownie wcielić się w rosyjskiej krainie. Tym razem obrał sobie ciało strzelca przy baturinskim pułku, który buntował się przeciwko Piotrowi Wielkiemu, za co skazano go na wygnanie do Nowogrodu. W prostej powłoce strzelca Prokopa Łupkina znowu chadzał Chrystus pomiędzy swoimi ulubionymi mużykami.
Kiedy zaś Prokop Łupkin zasnął w Panu, nawiedził Zbawiciel ciało tkniętego niemocą mużyka Andrzeja Piętrowa. Tenże, będąc obłąkanym, odziany jedynie w koszulę, latem i zimą wałęsał się po wsiach, bełkocząc niezrozumiale i wykonując bezmyślne ruchy; świadomy jednak lud rozpoznał w szaleńcu natychmiast Zbawiciela, padał przed nim na kolana i wołał: „Chrystusie Andrjuszko, błogosław nam i zbaw nasze dusze!"
Chłopi bowiem dobrze wiedzieli, że w tych, co „w tajemniczy sposób umarli i ponownie zmartwychwstali", nie objawia się nic z człowieka, lecz jedynie Duch Boży; a objawienia Ducha Świętego są zawsze ponad zdrowy rozum ludzki, dlatego też niektóre słowa i czyny „odrodzonych" mogą budzić wrażenie, jak gdyby pochodziły od głupców i szaleńców.
Uświadomiony atoli wie, że właśnie w tym pozornym szaleństwie przejawia się Duch Boży, gdyż rozum człowieka nie pojmuje mądrości Bożej, nie przenika do niej poprzez zasłonę.
Jeśli już opowiadania o tych wszystkich wcieleniach Bóstwa w prostych rosyjskich mużyków silnie zajęły i podnieciły fantazję Rasputina, to w szczególności historia o powtórnym uosobieniu Boga w postaci proroka Radajewa podziałała nań jak objawienie. Radajew, który kilkadziesiąt lat temu przebywał jeszcze między żyjącymi, był przecież wedle ludzkiego pojęcia występnym i zwyrodniałym grzesznikiem, a jego zdrożności przewyższały nawet występne czyny samego Rasputina.
Radajew popełniał grzechy nieczyste wszelkiego rodzaju i uprawiał rozpustę i nierząd równocześnie z trzynastoma kobietami. A przecież był wielkim prorokiem i mimo wszystkich jego występków przemawiał przezeń Duch Święty. Jego zwolennicy czcili w nim ucieleśniona Bóstwo i ślepo wierzyli każdemu jego słowu; wszakże byli święcie przekonani, że prawa są ważne tylko dla tłumu, dla ludzi natomiast „sprawiedliwych", natchnionych Duchem Świętym, nie przedstawiają żadnej wartości: Duch Święty nie uznaje żadnej władzy i nie podległa żadnemu ziemskiemu prawu.
Grzechy Radajewa nie były grzechami, wypływały bowiem z natchnienia; czyn takiego „w tajemniczy sposób odrodzonego", chociażby najpodlejszy. był Panu droższym i milszym aniżeli najpiękniejsze i najenotliwsze uczynki zwykłego człowieka; w odrodzonym grzech tracił wszelką siłę i nic więc, cokolwiek by zrobił, nie zasługiwało na potępienie i pogardę. Gdy mu siepacze cara zarzucali jego występne życie i wzywali, by czynił pokutę, Radajew w przeświadczeniu, że Bóg przez niego mówi, dumnie im odpowiedział: „Nie wiem zaiste, za co mam odbywać pokutę! Znacie wprawdzie moje grzechy, ale nic nie wiecie o łasce Bożej we mnie".
Gdy boski prorok z powodu niesłychanych swych zdrożności stanął przed sądem świeckim, twierdził, że kierowała nim siła pochodząca od Ducha Świętego i zniewalała go do czynienia złego. „Wprawdzie wiedziałem, że łamałem prawo, ale i to wiedziałem, że czyny me wypływały z woli Boga.
Dlatego też wszystkie kobiety, grzesząc ze mną, lepiej na tym wyszły i milsze są Bogu aniżeli te, które mi się oparły i zachowały cnotę. Gdyż we mnie uosobił się Pan, wziął na Się powłokę cielesną i cieleśnie grzeszył, by grzech wytępić. Jedynie kto się w grzechu poniża, w pokucie staje się miły Panu. Poniżyłem niewiasty, które mi swoją czystość poświęcały, by nie były zarozumiałe i dumne ze swej cnoty. Cóż mogłoby więcej ukrócić pychę niż poniżenie w grzechu?"
Grzegorz Rasputin dowiedział się również, że i po śmierci Radajewa Zbawiciel więcej razy pojawiał się pod postacią rosyjskich mużyków, a i obecnie, równocześnie w kilku miejscach przebywa między wiernymi. W pierwszej z brzegu wsi może się między wieśniakami znaleźć uosobiony Chrystus, mówiący tym samym językiem, noszący ten sam strój i tak samo jak wieśniacy nie umiejący ni czytać, ni pisać. Wszędzie, gdziekolwiek zbierają się „ludzie boży" z tajemniczego bractwa dla odprawienia uroczystych obrzędów. Duch Święty nawiedza zebranie i obiera sobie ziemską powłokę najgodniejszego z nich: Chrystus na nowo się uczłowiecza. Blisko więc z rosyjskiej krainy do raju Bożego w niebiosach.
Droga do nieba zaczyna się często w jednej z tych chałup wiejskich, gdzie zbierają się wierni, by na „korabie", ,,w arce sprawiedliwych" żywcem dostać się do nieba.
Rasputin znajdował w tej wierze obietnice wszystkiego, za czym tak bardzo tęsknił od najwcześniejszego dzieciństwa; i teraz widział drogę przed sobą, na której mógł, mimo swoich słabości, już na ziemi uzyskać wieczne zbawienie, ba, nawet dostąpić stanu świętości. A gdy mu się uda wchłonąć w siebie Ducha Świętego i ,,umrzeć śmiercią pełną tajemnic", żaden grzech go więcej nie skusi i nie sprowadzi z drogi cnoty. Duch Święty zawsze go będzie prowadził, cokolwiek by on, Rasputin, uczynił.
Od tego czasu miał młody Rasputin jedyną tęsknotę, jedyne gorące dążenie: kroczyć tą przez naukę chłystów wyznaczoną drogą do samej doskonałości.
Zanim jeszcze Rasputin opuścił klasztor w Wierchoturiu, chciał przede wszystkim odwiedzić świętego starca Makarego. Pustelnia starca znajdowała się niedaleko klasztoru i każdy przed opuszczeniem gospody klasztornej szedł do Makarego po błogosławieństwo.
Nie tylko mnisi z Wierchoturia, lecz także mężczyźni i kobiety wszystkich warstw przychodzili z bliska i z daleka do ojca Makarego, gdy im coś ciężkiego leżało na sercu, gdy doznali krzywdy lub żałowali złych czynów.
Między pielgrzymami, którzy po całych dniach, z odkrytą głową i boso, z torbą na plecach i kijem w ręku, bez końca wędrowali po lasach i chatach Syberii, by odwiedzić pustelnię mądrego starca, znajdowali się żebracy i zamożni, chłopi, mieszczanie i arystokraci, prości żołnierze i oficerowie.
Nikt z pielgrzymów nie opuszczał chaty pustelnika bez słowa pociechy lub budującej rady; wracając do domów pielgrzymi szerzyli sławę ojca Makarego po całej Rosji.
Tajemniczy współwyznawcy klasztoru opowiadali mu, że ten obecnie tak bogobojny starzec dawniej był wielkim grzesznikiem, człowiekiem, któremu żadna żądza, żadne uniesienie zmysłowe nie były obce. Przeszedł przez wielkie ułudy tego świata, nakosztował się rozkoszy życia, poddawał się każdej pokusie, póki była w nim odrobina grzechu. Później atoli, gdy się już w grzechach oczyścił, gdy w mózgu ani w sercu już nic z grzechu nie zostało. Bogu w pokorze poświęcił oczyszczone swe serce, ciało i zmysły.
Najpierw — opowiadają — poszedł do klasztoru, gdzie przez wiele lat jak najokrutniej umartwiał swe ciało, aby je niejako wystawić na próbę, czy w rzeczywistości chce służyć Wszechmocnemu. Gdy już nareszcie był pewny, że stary człowiek w nim rzeczywiście umarł „śmiercią pełną tajemnic", udał się do lasu. gdzie osiadł w małej chatce, tamże odtąd zamieszkiwał, wolny od wszelkiej ludzkiej żądzy, radując się czystą „radością Pana".
Od tego czasu nie podlegał żadnej ziemskiej słabości, nawet łańcuchy żelazne na jego ciele przestały dlań być ciężarem. Nie podlegał żadnym ograniczeniom, jakie zwykle ludzi krępują; nie istniały dlań czas ni przestrzeń, los każdego człowieka był dlań otwartą księgą.
Był świętym człowiekiem, któremu bez ogródek można było zawierzyć, jak gdyby się zwracało do samego Boga, gdyż starzec, który przeszedł przez wielkie grzechy i pokonał je, znał dokładnie wolę i zamiary Stwórcy w stosunku do swoich dzieci na ziemi.
Te i tym podobne rzeczy słyszał Rasputin w Wierchoturiu o cudownym ojcu Makarym, postanowił więc pójść do niego po radę. Jego odwiedziny u pustelnika miały rozstrzygnąć, czy należy wrócić do domu, do żony i dziecka, do towarzystwa swoich kompanów, do koni i stajni, czy też powinien poświęcić swe życie wyższym zadaniom, do których już od dziecka czuł powołanie.
Zanim się wybrał w drogę do pobożnego Makarego, udał się wpierw do relikwiarza, zawierającego relikwie Św. Szymona z Wierchoturia. Tu modlił się długo i gorąco, czerpiąc z modlitwy siłę i czystość ducha. Chciał bowiem po odpowiednim przygotowaniu dopiero pójść do ojca Makarego; następnie poszedł drogą prowadzącą do jego pustelni.
Chata Makarego znajdowała się w głębi lasu i droga prowadząca do niej była dość długa. Był to nędzny, nie zamieszkany szałas, mogący pomieścić tylko kilku ludzi. W nim to spędzał starzec swe życie w ubóstwie i wyrzekaniu się wszystkiego. Ciężkie łańcuchy obciążały zbiedzone, podobne do szkieletu ciało, ale słabemu starcowi widocznie łańcuchy te nie bardzo ciążyły. W oczach miał wyraz radości, na bladych zaś wargach igrał wieczny, słoneczny uśmiech i głos jego, choć był już tak słaby i cichy jakby powiew, to jednak w brzmieniu zdradzał dużo ciepła i żywości.
Wszedłszy do komórki starca, Grzegorz rzucił się na ziemię, całując raz po raz kościste ręce starca, okute w żelaza. Następnie z największą prostotą mówił o tym, co go tu sprowadziło, starając się niczego nie upiększać ani nie przemilczeć. Spowiadał się ze swego grzesznego żywota, wyznał swoje złe myśli, żądzę cielesną, ciągle trapiącą go także przez czas pokuty w klasztorze, i także osobliwe objawienie, jakie miał. Mówił o swej słabości i wątpliwościach, o głosie wewnętrznym, każącym mu się poświęcić służbie bożej, i o tym, że go równocześnie opada tęsknota za żoną, dziećmi, za dobrami doczesnymi, za karczmą.
Z pokornie schyloną głową wyznał to wszystko. Podniósłszy oczy, ujrzał na twarzy Makarego uśmiech łagodny, pełen wyrozumienia, i równocześnie trupia ręka starca spoczęła na jego głowie. „Raduj się, mój synu", mówił ojciec Makary natchnionym głosem, „gdyż spośród wielu tysięcy Pan ciebie wybrał! Dokonasz wielkich rzeczy: zostaw żonę i dzieci, pozostaw swe konie, idź w świat na wędrówkę! Usłyszysz głos ziemi i zrozumiesz jej słowa i później dopiero wrócisz między ludzi i głosić im będziesz słowa naszej świętej ziemi rosyjskiej".
Najpierw udał się Rasputin z Wierchotiiria do Pokrowskoje, by się z rodziną na długi czas pożegnać. Ojciec Makary wysłał go na wędrówkę, ale także on sam poznał, że jego zewnętrzne ćwiczenia pokutne i umartwienia były pierwszym wstępem, niejako przygotowaniem do właściwej „drogi".
By wstąpić na „drogę wewnętrzną", musiał przejść również „drogę zewnętrzną", „drogę wędrowca", „pielgrzyma", gdyż dla rosyjskiego chłopa odrodzenie człowieka przez „śmierć, pełną tajemnic" połączone było bezwzględnie z wędrówką w dosłownym znaczeniu. Kto kroczy „drogą wędrowca", pozostawia za sobą wszystko, co posiada, ojczyznę i dom, rodziców i rodzinę, zrywa wszystkie więzy łączące go z ziemią. Wędrówka jest jednym z najważniejszych aktów w rosyjskiej mistyce.
Ludzie różnego wieku porzucają nagle pracę na roli i w domu, wyruszają w drogę, zanurzają się w nieznaną dal, stają się dla rodziny „umarłymi". Pozbywają się swego nazwiska, dawnych szat, spalają swe papiery i puszczają w niepamięć rodziców, żonę i dzieci: „Idą na wędrówkę", „Ujti w strażstwowanje". Nie piszą nigdy listów ani też w inny sposób nie dają znaku życia o sobie; najbliższa rodzina, ani przyjaciele nic o nich nigdy nie słyszą; są „wędrowcami", „strannikami".
Dla wszystkich tych sekciarzy, którzy wybierają wewnętrzną drogę, „śmierci pełnej tajemnic", małżeństwo staje się przeklętym związkiem nie do zniesienia, gdyż małżeństwo oznacza dla nich wiązanie się z majątkiem, domem, krajem rodzinnym.
Ten osobliwy pogląd na niewłaściwość prawnego małżeństwa wypowiadają szczególnie ostro przepisy religijne chłystów: Dla nich małżeństwo równocześnie jest i grzechem przeciwko Duchowi Świętemu, i każdy „mąż boży" ma obowiązek rozwiedzenia się ze swą żoną lub przynajmniej trzymania się z dala od wszelkiej małżeńskiej wspólnoty.
Ale chłyści, potępiając prawne małżeństwo, błogosławione przez popa, a więc noszące na sobie piętno antychrysta, dopuszczają wszelkie inne formy miłości, gdyż te nie na zawsze wiążą człowieka z ziemią i domem. Każdy więc zwolennik sekty chłystów ma prawo, w zamian za „błogosławiony przez popa" związek, zawierać kilka innych, przez samego Boga błogosławionych „małżeństw z ducha".
Tysiącami wędrują sekciarze po państwie rosyjskim, we wszystkich kierunkach, jedni za głosem wewnętrznym tułają się bez celu, inni znowu pielgrzymują do miejsc świętych chrześcijaństwa, na górę Atos, do Jerozolimy albo nawet na górę Synaj.
Prawie w każdej wsi rosyjskiej znajduje się kilku mużyków, należących potajemnie do bractwa „wędrowców", i ich obowiązkiem jest udzielać gościny „strannikom" i ukrywać ich przed władzami. Zagrody tych chłopów mają zawsze odpowiednie miejsce: stodołę, izdebkę bez okien albo piwniczkę pod chałupą — izbę — gdzie zawsze zmęczony wędrowiec może znaleźć spokój i opiekę. Niekiedy całe wsie sympatyzują ze „strannikami" i prawie w każdej chałupie znajduje się przeznaczone dla nich podziemne pomieszczenie.
Wędrując w ten sposób od jednej jamy do drugiej, „człowiek podziemny" pozbywa się z czasem wszystkiego, co łączyło go jeszcze z poprzednim życiem. Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, nie wie się nic o jego przeszłości, żaden go człowiek nie spyta, skąd przybywa i dokąd go droga prowadzi. Wolny od wszelkiej łączności z ziemskimi sprawami, żyje jedynie dla dobra swej duszy i oddaje się miłym Bogu ćwiczeniom duchowym, stopniowo dochodzi do znaczenia jakiejś szczególnej istoty, chłopi są szczęśliwi, gdy przekracza progi ich domostwa.
Znaczenie tych „podpolników", „ludzi podziemnych" jest niezwykle wielkie i najczęściej przewyższa o wiele znaczenie popów. Gdy pielgrzym znajduje się już u końca wędrówki, może nawet zostać świętym.
Staje się „mędrcem", „starcem" i ze wszystkich stron kraju wędrują doń wierni, by prosić o radę i błogosławieństwo. Odrzuca on precz od siebie wszystko, co łączy go jeszcze ze światem pozorów. Jego grzeszne uczucia i myśli stopniowo wygasają i rozpoczyna się w nim cudowny proces „śmierci pełnej tajemnic".
Przez długie lata wiódł Rasputin życie wędrowca i czas ten niezwykle ważną odgrywa rolę w całym jego rozwoju. W tym czasie dokładnie zapoznał się z ludem rosyjskim, pogłębił też niezmiernie swoją znajomość natury ludzkiej, ponieważ w podziemnych izdebkach chałup wiejskich stykał się ciągle z ludźmi wszelkiego rodzaju, którzy podobnie jak on zamieniali swoją poprzednią spokojną egzystencję na tułaczy żywot „podpolnika".
Na ciągłej tułaczce, stale niepokojony przez żandarmów i popów, nabierał wprawy w obserwowaniu ludzi bez zwracania uwagi, w odgadywaniu ich najtajniejszych zamiarów, w poznawaniu ich słabostek i osobliwych cech charakteru. Obcując ze zwolennikami najrozmaitszych sekt, z rzecznikami najcudowniejszych idei, w ścisłym kontakcie z przeróżnymi marzycielami i bojownikami wiary, wnikał w najtajniejsze głębie duszy rosyjskiej i przyjmował w siebie uczucia, myśli i pragnienia prostego ludu.
Stykał się ze starowiercami, owymi fanatykami litery, którzy oburzali się na poprawki, wprowadzone do świętych ksiąg kościelnych przez patriarchę Nikona, i twierdzili, że zbrodnicze te zmiany uczyniły ze słowa bożego narzędzie antychrysta, a z samego prawosławia „nierządnicę babilońską".
Inni znów sekciarze wzbraniali się służyć przy wojsku, za co musieli znosić okrutne prześladowania ze strony władz, gdyż brali bardzo poważnie słowa boże, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, i dlatego odrzucali wszelką myśl o wojnie.
A jeszcze inni fanatyczni chłopi odmawiali płacenia podatków, nie mieli bowiem zamiaru oddawać majątku w ręce zauszników szatana. Ciągle zatem starali się unikać władz i marzyli o zbliżającym się nowym państwie Bożym, co czwartej z rzędu wielkiej epoce, w której Duch Święty obejmie władzę nad ziemią, ukarze służalców antychrysta, a wywyższy sprawiedliwych.
Jakkolwiek różnili się między sobą sekciarze w pojmowaniu przyszłego szczęścia i zbawienia, bądź to że jedni zapowiadali odrodzenie człowieka drogą pokuty, bądź też inni znowu widzieli w buntowaniu się przeciwko grzesznemu światu drogę do łaski Bożej, to przecież łączyło ich wszystkich jedno wspólne pragnienie, pokonać już na ziemi stare grzechy świata i za życia dostąpić nieba.
Słowa pociechy prawowiernego kościoła, które mówiły o czekaniu w cierpliwości na szczęście w życiu przyszłym, nie zadowalały żadnego z sekciarzy. Wszyscy byli przejęci radosną nadzieją, że jeszcze przed śmiercią zespolą się z Bogiem. Co najwięcej wiązało i łączyło tych ludzi przeróżnych w jedno ścisłe bractwo, to ich skrytość przed otaczającym ich światem, utrzymywanie w tajemnicy przed innymi wiary, obrzędów i nadziei.
W ciągłym towarzystwie bardzo licznych pielgrzymów i wędrownych mnichów pogłębiał Rasputin stopniowo swą wiedzę teologiczną i nauczył się przy tym sprawnie operować tekstami z Biblii, co też później wprawiało powszechnie w zdumienie nawet najwyższych dostojników kościelnych. Tak więc lata wędrówki były dlań okresem nauki w każdym kierunku i wszelkie jego postępki w późniejszym życiu noszą na sobie piętno owej epoki pielgrzymstwa i życia w izdebkach podziemnych.
Największym i najbardziej decydującym przeżyciem dla Rasputina w czasie jego wędrówek było właściwie zapoznawanie się z misteriami chłystów. Co już w Wierchoturie ze wzmianek obudziło jego uwagę i już wtedy przejęło do głębi i oczarowało, teraz, gdy wędrował przez niezliczone wsie olbrzymiego rosyjskiego państwa, okazywało mu się w czystej postaci.
Teraz dopiero widział na własne oczy w ukryciu będące, małe izdebki wiejskie, cele klasztorne albo stodoły, gdzie odbywały się misteria „cudownego przemienienia". W tych „arkach" rosyjskich „ludzi bożych" poznał dopiero Rasputin w całej prawdziwości cuda „śmierci pełnej tajemnic" i spełniło mu się wszystko to, na co od tak dawna przygotowywał się umartwianiem ciała, wędrówką i zrzeczeniem się domu i dóbr doczesnych.
Dosyć dziwacznie wygląda ten „akt mistyczny" chłystów. Mała, niepozorna chałupa, w której odbyć się ma cud, w niczym zewnętrznie nie różni się od innych chałup we wsi. Kto przekracza jej progi, widzi pospolitą izbę chłopską, przy ścianie nie heblowane ławki, a w samym środku stoi prosty stół i dwa stołki. W sobotę wieczorem ten i ów z chłopów i niejedna chłopka cichaczem schodzą się w tej izbie.
Gdy „zajdzie czerwone słońce", zasłania się okna, a członkowie bractwa bez słowa zajmują ławki, mężczyźni po prawej, kobiety po lewej stronie; wyraz twarzy i zachowanie się takie same jak u siebie w chałupie, gdy po ukończonej robocie w polu usiądą dookoła samowaru. Ci dwoje także, chłop i chłopka, siedzący za stołem na honorowych krzesłach, w niczym nie różnią się od innych członków bractwa: noszą koszule i kurtki i ciężkie buty pokryte kurzem z gościńca. Ale „ludzie boży", wtajemniczeni, drżą z przejęcia, gdy wzrok ich przypadkiem pada na tę parę za stołem, gdyż wiedzą, że ci dwoje, prości chłopi, to jakieś przez Boga nawiedzone istoty.
Zaczyna się śpiewanie ciągnących się w nieskończoność hymnów, przypominających litanie, pieśni kościelne, psalmy i ludowe pieśni; przebija z nich tęsknota chłystów za przyjściem Królestwa Bożego, za ucieleśnieniem Boga i za zesłaniem Ducha Świętego. Coraz bardziej rosną ekstaza, zachwyt i radosne uniesienie śpiewających, hymny bowiem zwiastują teraz zjawienie się Zbawiciela pośród chóru promiennych aniołów.
Wkrótce chłopi ściągają szaty i buty i wdziewają koszule z białej tkaniny, na pamiątkę cudownego zmartwychwstania Chrystusa, Iwana Susłowa, na którego odartym przez siepaczy ciele białe płótno w nową skórę się zamieniło. Równocześnie obleczenie się w białą koszulę, „w szatę odeszłych duchów i aniołów", oznacza w oczach „ludzi bożych", że zamienili swą ziemską powłokę na bezcielesną, a sami przemienili się w istoty obdarzone niezwykłymi siłami.
W swych dziwnie skrojonych, białych koszulach, przy świetle dwunastu woskowych świec, coraz goręcej oddają się śpiewowi, aż wreszcie jeden z nich wstaje i zaczyna się obracać wokół siebie. Potem i inni mężczyźni i kobiety występują z szeregu, tworzą pary i rozpoczynają wiejski taniec w takt pieśni, już to krocząc w kółko jeden za drugim, już to z osobna kręcąc się wkoło siebie.
Po krótkim czasie pospolity taniec przechodzi drogą mistycznego przemienienia w rytualny taniec uczniów dookoła Chrystusa Pana: tajemne kręgi ukrytej prawdziwej wiary podają, że w tańcu uczniów dookoła Pana biorą także udział potęgi niebieskie, jak słońce, księżyc i gwiazdy, tworząc radosny korowód dookoła Jezusa, wcielającego się w człowieka Syna Bożego; podobnie też przy tańcach radujących się sekciarzy cały wszechświat zatacza radosne kręgi, aż „Pan nad pany objawia się w kole, w złoty róg zadmie i światu zwiastuje, że grzesznikom winy daruje".
Formy tańca zmieniają się ciągle. Raz wierni przemierzają izbę w skocznych podrygach, jeden za drugim, to znów przebiegają na krzyż i do góry błagalnie ręce wznoszą, wzywając Ducha Świętego.
Gdy ekstaza dochodzi już do pewnego stopnia, „ludzie boży" czują nad głową powiew skrzydeł Ducha Świętego i wtedy następuje owo wielkie przemienienie, gdzie wszystko cielesne przeistacza się w niecielesne.
Ławki, stół, krzesła, duszna izba chłopska przemieniają się w nieziemską „arkę sprawiedliwych", w „korab", który uprowadza bractwo poprzez szumiące i burzliwe morze doczesnego świata do krainy wiecznej szczęśliwości. Na miejscu wieśniaka i wieśniaczki na honorowych krzesłach znajdują się Chrystus i Matka Boska, którzy, sterując „arką", prowadzą wiernych braci do krainy niebieskiej. I słowo ciałem się stało i znowu dokonał się cud. Wszechmocny Duch Boży ponownie oblekł się w ciało człowieka. Wśród frenetycznych zachwytów „ludzie boży" wołają raz po raz: „Duch Święty nas nawiedził" i powtarzają te okrzyki, aż bezwład języka zamyka im usta i błogie zdrętwienie ogarnia członki.
Taniec ma się ku końcowi, milknie powoli śpiew i boski sternik wstaje od stołu. Zaczyna przemawiać, głos jego zmieniony to brzmi jak krzyk zwierzęcia, to znowu jak bełkot dziecka, albo też dźwięczy radosnym upojeniem triumfu.
Jedynie wtajemniczeni w te misteria chłyści wiedzą, że Duch Święty opanował brata, który teraz wyrzuca z siebie słowa, bełkot i krzyki, już to wybuchając dziecinnym śmiechem, już to wykrzywiając twarz w przeróżne grymasy; im tylko wiadomo, że jest to bełkot odrodzonego, przemienionego w dziecko człowieka bez winy. Przejęci pokorą i szczęściem, siedzą sekciarze na ziemi wokoło boskiego sternika, płaczą, drżąc z zachwytu i robiąc wciąż znak krzyża świętego, słuchają słów natchnienia z ust proroka.
Potem na nowo rozpoczyna się taniec, jeszcze dzikszy i bardziej niepohamowany, i tak trwa do samego rana. Ta mieszanina głosów, ten tupot nóg tańczących i szelest miętoszonych koszul tworzą razem chaotyczny hałas nie do rozróżnienia; twarze i postacie rozpływają się, długie, białe, w zawrotnym tańcu wzdęte koszule robią wrażenie obracających się słupów, a cała podłoga jest mokra od potu tancerzy.
Nagle, w tym do najwyższego stopnia rozszalałym kłębowisku sekciarze ściągają koszule i po pas obnażeni jeden po drugim przystępują do proroka, który ich biczuje prętem uplecionym z witek, by w ten sposób zaznaczyć poczęcie i płodzenie nowego człowieka w ciele Adama.
I podobnie jak Chrystus zrzucił z siebie szatę śmierci, tak samo chłyści, mężczyźni i kobiety całkiem zdzierają z siebie swe szaty. Tu i ówdzie niejeden, dotknięty drgawkami, osuwa się bezprzytomnie na ziemię; gasną światła, kobiety z rozpuszczonym włosem rzucają się na mężczyzn, ściskają ich i całują namiętnie. W „grzesznym zetknięciu" tarzają się „ludzie boży" po ziemi i łączą się ze sobą bez. względu na wiek i pokrewieństwo.
Dopiero w tym dzikim upojeniu zmysłów zatraca się zupełnie świadomość spraw doczesnych i własna wola, gdyż w tym „grzesznym zetknięciu" nie działa więcej „ja" cielesne, lecz raczej wola niewidzialnego Ducha.
Grzegorz Jefimowicz Rasputin, zmysłowy i wierzący mużyk z Pokrowskoje, tutaj, wśród orgii chłystów, poznał dopiero przedziwne misterium odrodzenia człowieka drogą grzechu. Mówił sobie, że teraz pojmuje, iż właściwie życie wewnętrzne dostaje się w udziale tylko tym, którzy w „grzesznym zetknięciu" rozbudzą w sobie dawnego grzesznika i zwalczą go, by następnie w tajemniczy sposób unieszkodliwić go dla grzechu i dostąpić stanu „świętej beznamiętności". Nigdy nie zdołał też człowiek zniweczyć więzów łączących go z ziemią, zanim wpierw do reszty nie zgnębił w sobie zarozumiałości i pychy: zarozumiałości ascety i pychy cnotliwego. Także dla Rasputina prowadziła odtąd droga do pokory przez „grzeszne zetknięcie", przez odrzucenie wszelkich hamulców i najgłębsze poniżenie własne w grzechu cielesnym.
*
Fragment książki: Rene Fülöp-Miller - Święty demon, Rasputin i kobiety