Religioznawstwo
Zagadnienia Religijne
Europa Pogańska
Azja
Hinduizm i odłamy
Judaizm i odłamy
Chrześcijaństwo i odłamy
Islam i odłamy
Afryka
Ameryka
Australia i Oceania

Grecja - Bogowie

Bogowie
Hades Hades i Persefona Kiedy szukający wyroczni Odyseusz pozwolił Achillesowi napić się krwi ofiarnej, dzięki której przywrócił mu na chwilę świadomość, zaczął wychwalać jego panowanie nad żywymi i umarłymi. Ale Achilles odpowiedział: „Nie zachwalaj mi śmierci, prześwietny Odysie! Wolałbym za parobka służyć na cudzej roli, u biednego chłopa, który ledwo się może utrzymać, niż tu panować nad wszystkimi, co znikli ze świata”. I dalej już rozmawiali o tych, co jeszcze żyją, o tym, co się zdarzyło na słonecznym świecie, na fiołkowym morzu ciemnym jak wino. A wreszcie Odys odpłynął, a znikliwe, bezpamiętne cienie wróciły do mglistego Hadesu.

Tak widziano te sprawy w świecie Homeryckim, na progu starożytności klasycznej, ale nie był to wcale pogląd odosobniony. Czy to u Greków, czy u ludów Syrii i Mezopotamii, czy u Hebrajczyków perspektywy pośmiertne człowieka nie wyglądały zachęcająco. Już w pradawnych religiach Babilonii i Asyrii umarły był skazany na pobyt w dusznym, brudnym, posępnym podziemiu-więzieniu, i to właściwie niezależnie od tego, jakie czyny spełnione za życia wynosiły go lub potępiały. Ściślej mówiąc, można było trafić jeszcze gorzej i cierpieć męki.

Wyjście zdecydowanie dobre przysługiwało jedynie umiłowanym przez bogów wielkim bohaterom i władcom, tym, którzy po prostu zostali wyniesieni do rangi bogów, a więc uzyskiwali nieśmiertelność. Taki był Szeol dawnych Żydów, taki był Hades Homera. W każdym z tych przypadków działała zresztą podobna zasada: umarłemu można było w jakiś, zresztą znikomy sposób pomóc z „tej” strony. A więc właśnie złożyć ofiarę, pozwolić się napić krwi czy też zabalsamować ciało i wyobrazić malowidłem to, co posiadał za życia. Życie pośmiertne było jedynie szczątkiem życia ziemskiego, jego zeschłą łupiną. Właściwie nie było to wręcz nieistnienie albo męki. Nie na darmo malowidła grobowe Etrusków przedstawiają okrutne demony zbrojne w narzędzia tortur i czekające cierpliwie na duszę. Wielka perspektywa eschatologiczna, powołanie człowieka do boskości, do wzrastającego istnienia była starożytności obca. Nie całkiem co prawda jest to ścisłe, bo zresztą żaden tak kategoryczny sąd nie może się ostać bez wyjątków w obliczu cywilizacji tak wielkiej i długowiecznej.

A więc trzeba przypomnieć, że obok tego były misteria eleuzyjskie, inną drogę wyznaczające ludzkiej duszy, wolno też przypuszczać, że wyznawcy Izydy prosili ją o opiekę nie tylko na tym świecie. Wreszcie całkiem inaczej rysują się poglądy Platona wyrażone w „Państwie” w słynnej opowieści o życiu pośmiertnym przywróconego istnieniu Era, syna Armeniosa. Tu dusza ludzka, czy też dusza w ogóle, bo i zwierzęta ją mają, wędruje przez liczne wcielenia, ale dokąd i po co, tego i Platon już nie objaśnia. To jednak wyjątki, zresztą coraz liczniejsze w miarę upływu czasu.

Na ogół jednak starożytność nie miała poczucia nieskończoności ani nieskończonej perspektywy – zresztą czegokolwiek. Wszechświat był także konstrukcją harmonijną i zamkniętą, wszystko tu miało swoje miejsce. Mieli też miejsce i bogowie, miejsce pocześniejsze od ludzkiego, ale przecież pod wieloma względami podobne. Nie byli to więc bogowie nieskończoności ani też bogowie zaświatów niewiadomych i wyobraźnię przerastających. W światopoglądowej wizji Greka czy Rzymianina nie byłoby dla nich miejsca, nie mieli więc ani wszechsiły, ani wszechistnienia, ani jakiejkolwiek cechy absolutnej, podobnie jak i człowiek, który ich wyznawał. Bóg i człowiek zawsze zawierają ze sobą przymierze – aby być nawzajem na własny obraz i podobieństwo. Bogowie Hellady mieli więc ludzkie cechy, los i zajęcia. Wszystko w stopniu spotęgowanym, oczywiście, niewspółmiernym do możliwości człowieka, ale przecież jakoś porównywalnym.

A więc musieli się urodzić, wiadomo było, kim byli ich rodzice, gdzie się to dokonało i w jakich okolicznościach. Po wtóre, często przechodzili okres nauki, a w każdym razie dorastania, i trzeba się było nimi opiekować. Zeusa na przykład karmiła koza Amaltea, a jego bracia-Kureci głośnymi okrzykami tłumili jego płacz, aby nie usłyszeli go wrogowie. Później przyszła edukacja pasterska, a dalej kariera dworska podczaszego i wreszcie zamach stanu. Bo i bogowie, aby właśnie stać się bogami, musieli zdobyć władzę i takich zmian najwyższego gabinetu było w mitologiach starożytnych sporo. Kiedy zaś kolejna ekipa bogów dochodziła do władzy, trzeba było przeprowadzić podział kompetencji. Nie obywało się przy tym bez nieporozumień i niebo wielokrotnie napełniało się rozgłośną waśnią.

A wreszcie bywało i tak, że bogowie tracili władzę. Tak właśnie zdetronizowani bogowie Ziemi, Tytani, zwaleni zostali do Tartaru, przywaleni skałami. Czasem zaś – umierali. Jeśli działo się to w dawnych wschodnich kultach, to z ich ciał powstawały niebo i ziemia. Czasem, jak prastary Adonis albo grecka Kora-Persefona, wracali okresowo do życia stając się wiosną po długiej zimie. A niekiedy umierali całkiem. W każdym razie znamy jeden taki przypadek: już w czasach historycznych żeglarz Tamus płynąc do Italii mijał wyspę Paksos. Mojra Mojra walczy z Gigantem Agriosem Wtedy właśnie odezwał się ogromny głos znikąd: „Tamusie, powiedz ludziom, że wielki bóg Pan umarł”. Stało się to zaś w pierwszym wieku przed naszą erą.

Gdzie idą dusze, bogów po śmierci? Byli więc bogowie tak jak ludzie zależni od losu i jego przemian. Los zresztą personifikowano także, ale tylko do pewnego stopnia: jako Mojry, trzy prządki ludzkich losów – Kloto, Lachezis i Atropos. W swojej najwyższej postaci konieczność nie miała już ludzkich kształtów – była osią świata, wokół której wszystko się obraca. Obraca – bo świat, jego ludzie, zwierzęta, bogowie i zaświaty nie zmierzają ku nieodgadnionej wielkości i tajemnicy, lecz pozostają w tym samym, choć zmiennym kręgu. Zresztą ani religie, ani inne ideologie nie zadają nazbyt często niebezpiecznego i w istocie szalonego pytania: „po co?”, nie żądajmy go więc od starożytności. Na dodatek światopogląd naukowy tym bardziej podobne pytania wyklucza, zupełnie pewien, że sensu nie mają, chociaż ogrom naszej niewiedzy przewyższa bodaj jeszcze ogrom wszechświata. Ale też każda wiedza jest zarazem programem działania.

To, co Grek lub Rzymianin wiedział o bogach, nie mogło więc skłonić go do modlitwy o jakieś dobra pośmiertne czy też nie wiążące się z tym światem. Ale co i dlaczego miałoby się z tym światem nie łączyć? Dzielą nas od tamtych czasów tysiące lat i tysiące lat zupełnie innego rozumienia spraw ducha i ciała, kiedy czystemu duchowi przeciwstawiano grzeszną i niedoskonałą materię, a tak długi trening umysłowy sprawił, że niezależnie od naszych świadomych poglądów kierujemy się pewnymi resentymentami. Dla Greka jednak potępienie materii, uznanie jej za coś grzesznego i brzydkiego byłoby niepojęte i bluźniercze.

Bogowie sami też mieli charakter materialny, prawda, że szło o materię wyjątkowo subtelną, ale materią materii była przecież największa i najpierwsza z bogiń – Ziemia – i wszystko, co z niej się wywodziło, z bogami włącznie, było zarówno materialne, jak i święte. Nie oddzielano więc od materii bogów, tak jak nie oddzielano od niej pojęcia siły, życia, duszy. Zwało się to „hylozoizmem”, i było równocześnie tak dobrze materializmem, jak i spirytualizmem. To prawda, że filozofia grecka wyznawała ten pogląd przede wszystkim w swoich jońskich początkach, później zaś wracała do niego wraz ze stoicyzmem; nie zawsze przecież trzymała się tej myśli. Ale jedność boskości, życia, myśli i całego świata była zapewne poglądem prastarym, może jednym z najpierwszych poglądów, na jakie człowiek w ogóle się zdobył, gdzieś jeszcze w mrokach epok lodowych i słonecznych dniach interglacjałów. I pogląd ten czy może poczucie raczej nie przeminęło całkiem i do dzisiaj. Znalazło po wiekach wyraz w panteizmie Spinozy, odbiło się w przypuszczeniach Teilharda de Chardin, że każda cząstka materii od swoich prapoczątków poczynając jest obdarzona drobniuteńką iskierką świadomości. Filozofia zresztą i przynoszone przez nią uzasadnienia mogą być bardzo różne, ale kult natury i poczucie jedności świata ma bezmiar wcieleń, także i współcześnie. A dodać tu trzeba, że niejeden kryzys naszego świata łączy się ściśle z rozdzielaniem wszystkiego na sfery sobie obce, na niewspółmierności zbłąkanego samotnego człowieka i bezmyślnego, martwego wszechświata.

Dla człowieka starożytnego, o ile naturalnie nie był ateistą, co od pewnego momentu stało się dość częste, świat był całością boską i ożywioną. Między biegiem gwiazd, losem człowieka, przelotem ptaków i wątrobą ofiarnego zwierzęcia zachodziły wielorakie i konieczne związki. Nic się nie działo tylko przypadkowo, wszystko stanowiło jakiś omen, dobry lub zły. Mogło to być groźne, ale w tym żywym, pełnym ducha i bogów świecie człowiek nie mógł być przypadkowym przybłędą. I on był boski, i boski był wiatr, i szczep winorośli, i morze, i ziemia pod stopami.

Paradoksalnie zaś najmniej może boscy bywali właśnie sami bogowie, których przywary i śmiesznostki znało się tak wyśmienicie. W tym bowiem miejscu boskość nie rozpływała się w dostojnych ogromach zjawisk, lecz przybierała kształt ludzkiego społeczeństwa czy wręcz ludzkiej rodziny. Była w ten sposób najłatwiej uchwytna, ale i najmniej tajemnicza. Świat klasycznych wyobrażeń nie zrodził się przecież w izolacji i pustce, chociaż przez całe wieki uważano, że jest czymś samorodnym. Tymczasem jednak był spadkobiercą kultur Bliskiego Wschodu, a także dziedziczył wiele z tego, co Indoeuropejczycy przynieśli na południe ze swoich długich i ciągle jeszcze tajemniczych wędrówek. Przy czym Grecy nie byli pierwszymi Indoeuropejczykami w rejonie Morza Śródziemnego. Już znacznie dawniej przywędrowały tu liczne plemiona hetyckie, już tysiące lat trwało wypieranie ludności miejscowej, która zresztą pewnie też kiedyś skądś przywędrowała. W każdym razie najdawniejsi bogowie Greków, indyjskich Ariów, Persów wywodzili się z tego samego, ciągle jeszcze nie całkiem nam wiadomego źródła.

Religioznawstwo dociera do tych pokrewieństw, rekonstruuje prasystem. Tak więc, podobnie jak we wszystkich religiach świata, najdawniejszym fundamentem religijnego myślenia i organizacji był totemizm. Poszczególne grupy miały swoich zwierzęcych patronów i braci, których nie zabijały bądź też czyniły to bardzo uroczyście i przy specjalnych okazjach. Bo przecież zwierzę było nie tylko bratem, ale wręcz starszym bratem człowieka, jako jego odległy i święty przodek.

Izyda-Afrodyta Izyda-Afrodyta W Egipcie kult świętych zwierząt: kotów, małp, ibisów czy krokodyli, zachował się aż do schyłku cywilizacji. Ale właśnie Grecy odnosili się do totemizmu bez szczególnego nabożeństwa, a raczej z kpiną. Własne wspomnienia totemistyczne bardzo już zblakły, choć ich pogłosy dają się zawsze odnaleźć. Sam Zeus nie gardzi zwierzęcym kształtem, zwłaszcza w swoich przygodach romansowych: staje się orłem, łabędziem, bykiem, inni bogowie także nie stronią od podobnych przeobrażeń, poza tym zaś mają swoje szczególnie bliskie zwierzęta: na przykład Posejdon, zanim został bogiem morza, był przedtem bogiem koni, a możliwe, że po prostu bogiem-koniem. Tak samo rzecz się miała z innymi bogami i innymi zwierzętami. Ale totemizm nie jest jedyną teorią dotyczącą powstania religii. „Izmów” było co niemiara: animizm, pramonoteizm, fetyszyzm, szamanizm i wiele innych. Bogowie mieli powstać z kultu przodków bądź też z kultu władców, czy dla odmiany ziemiopłodów, ciał niebieskich, co się komu podoba i jak wyobraża sobie społeczeństwo pierwotne, jak i staroświeckie.

Odkrycie malarstwa paleolitycznego, zrozumienie, że dzieje człowieka są niepomiernie dłuższe, niż nam się kiedyś wydawało, zmusza chyba do przyznania, że potrzeby duchowe bardzo nawet odległych przodków musiały być już ogromnie złożone i nie dawały się sprowadzić do jednego tylko praktycystycznego motywu. Chociaż o tym żadnej bezpośredniej wiedzy nie mamy. Także i religia Greków niesie ze sobą długą historię, którą się rozszyfrowuje raz tak, drugi raz inaczej, a czy prawdziwie – nie wiadomo. No i przy tym nie trzeba zapominać, że mitologia to jednak nie całkiem to samo, co religia. Imiona olimpijczyków to w niektórych wypadkach prawie tylko etykietki kryjące zawiły stosunek uczuciowy między człowiekiem a bóstwem. Żadnej zaś jedynej księgi świętej, jak Biblia lub Koran, starożytność nam nie zostawiła. Nic w tym zresztą dziwnego: jedyna księga mogłaby pochodzić od jedynego boga prawodawcy, tu zaś było ich wielu. Co prawda wywodzono, że poczucie jedynej boskości nie było obce Grekom, a tylko różnie ją nazywano. Jest to bardzo prawdopodobne, w niektórych wypadkach pewne, ale tego rodzaju stwierdzenia zaczęły się mnożyć w latach konkurencji z chrześcijaństwem.

Innym śladem dawności w religii starożytnych była rola bogiń. Wywodzono w ten sposób: przybysze z Północy wyznawali boga-mężczyznę i oczywiście byli społeczeństwem patriarchalnym. Natomiast ludy, które ci przybysze na wybrzeżach Morza Śródziemnego spotkali, wyznawały boginię i miały strukturę matriarchalną. Mitologia grecka jest wynikiem zderzenia się tych dwóch porządków, dwóch przeciwstawnych zasad, przy czym w sposób oczywisty zwyciężyła zasada patriarchalna. Zapewne tak rzeczywiście było, choć wolno mieć i tutaj pewne zastrzeżenia. Istotnie, jaki człowiek, taki też i jego bóg, jakie społeczeństwo, taka też religia, ale wzajemne związki tych dwóch sfer bardzo często przedstawia się w uproszczeniu.

Czy najwyższym bóstwem matriarchatu musi być rzeczywiście bogini? Przypomina to ten sposób rozumowania o pochodzeniu Sumerów, który zakłada, że musieli być ludem górskim, gdyż budowali swoje świątynie na sztucznych wzniesieniach. A tymczasem, skoro niebo było tradycyjnym miejscem pobytu bogów, to zbliżenie się ku nim było rzeczą naturalną. Zresztą na ogół reprezentacyjne budynki wszystkich krajów i epok są wysokie. Czy więc mielibyśmy z obecności w Warszawie Pałacu Kultury wyprowadzać wniosek, że starożytni Mazowszanie byli góralami? Skądinąd zaś wiadomo, że kult Madonny od Średniowiecza poczynając przewyższał wszystkie inne, niezależnie od tego, co o tym sądzili teologowie. Czy ma płynąć stąd wniosek, że od wczesnego Średniowiecza panuje w Europie matriarchat? W każdym razie rządy Wielkiej Bogini były ongiś faktem. Zresztą to naturalne: bogowie musieli się urodzić, a bogów i ludzi rodzi kobieta.

Bogiń było wiele w samej Grecji i u innych ludów basenu śródziemnomorskiego. Była więc Demeter i jej córka Kora, była Hestia i Hera, opiekunka małżeństwa, była bogini mądrości Atena i miłości zmysłowej Afrodyta, zrodzona z piany morskiej, była Eos-Jutrzenka i Artemida łowczyni, i pradawna Gaja, i wiele, wiele innych. Były rozpustne i dziewicze, opiekuńcze i złowróżbne, potężne i prawie bezbronne. Przecież roiło się wszędzie od boginek wód i lasów, i morskiej toni. A nieco dalej na wschód i południe była Inanna, Kubaba i Hebat, Astarte-Istar, Kybele i Izyda, i wiele, wiele innych. Rozmaicie je sobie wyobrażano, różne snuły się o nich opowieści.

W istocie jednak rzeczy mamy do czynienia mimo wielości imion z jedną i tą samą osobą. Zdawali sobie z tego sprawę starożytni identyfikując ze sobą poszczególnych bogów, co zresztą miało zasadnicze znaczenie i dla tolerancji, i dla jedności kulturowej. Ale o tym pomówimy osobno. Dość, że imiona bogiń nakładały się na siebie, a wszystkie wypływały z jednego źródła.

Najpiękniej i najobszerniej opowiada o tym Robert Graves szukając najstarszego europejskiego systemu wyobrażeń. W najdawniejszych czasach, powiada, istniała tylko jedna bogini przedstawiana w trojakiej postaci: dziewicy, nimfy i staruchy. Odpowiada trzem porom roku i trzem fazom księżyca, bo i jedno, i drugie na trzy dzielono. Była też w pierwszym wypadku powietrzem, w drugim ziemią, a w trzecim podziemiem, była siostrą, kochanką i matką, życiem i śmiercią. Dopiero z czasem rozdzieliły się jej funkcje i ona sama straciła swą jedność.

Graves wyciąga stąd ważne wnioski odnoszące się do dnia dzisiejszego, wnioski nie do zlekceważenia, o których jeszcze będziemy mówić. Choć z tym pierwotnym matriarchatem, przyjętym zresztą dość powszechnie, ciągle się wiążą różne wątpliwości i pytania. Na ogół rządzi przecież ten, kto potrafi walczyć, prawo do broni jest niemal jednoznaczne z prawem do władzy. A tymczasem sądząc po pradawnych malowidłach, wyposażeniu grobów i legendach walczyli jednak mężczyźni. Prawda, legendy mówią o bitnym plemieniu Amazonek, ale przecież był to wyjątek. Grecja znała wielu herosów powalających potwory, oczyszczających ziemię. Jest wśród nich Jazon, jest Tezeusz, Perseusz, Herakles, ale nie ma wcale kobiet. Z wyjątkiem tyleż chlubnym, co osobliwym Atalanty. Nic nie słyszeliśmy o matriarchacie Sumerów, Akadów, Hebrajczyków, Asyryjczyków lub Persów. Może jednak rzeczywiście nie ma po co łączyć matriarchatu z wielką boginią przeszłości? A może tych zmian było więcej i trwały dłużej? Bóstwo bywa karzącą dłonią męską i opiekuńczą – kobiecą, a jest to chyba raczej sprawa wyboru niż organizacji plemiennej, od chwili gdy człowiek był bardziej już człowiekiem niż zwierzęciem. W każdym razie jeśli nawet bogowie pomarli, to bogini do dzisiaj ocalała.

System antyczny dziedziczył ogromną masę wspomnień wcześniejszych, podobnie zresztą jak chrześcijaństwo czy jakiekolwiek inne współczesne wyznanie. I mógł być przyjmowany mniej lub więcej serio – znów tak samo jak zawsze. Ale przecież stwarzał określoną, taką, a nie inną perspektywę eschatologiczną, miał własną dozę grozy i nadziei. Zawierał koncentrat niezbędnej wiedzy o powstaniu i sposobie istnienia świata, o ludzkich powinnościach i sankcjach. I nawet już wtedy, gdy dla większości oświeconych starożytnych przestał oznaczać porządek świata, to przecież w dalszym ciągu był jeszcze porządkiem serca.

A więc wszystko zaczęło się od chaosu, tak jak na ogół zaczyna się we wszystkich religiach świata. Ciekawe, że nie ma chyba ani jednej, która by zakładała, że w tej chwili trwający porządek istniał odwiecznie. Wszyscy natomiast myśliciele zawsze mieli poczucie specyficznej sztuczności ładu świata, to znaczy tego, że ów ład nie był naturalny i pierwotny, ale musiał zostać przez coś lub kogoś skonstruowany. Pod tym względem religia nie odbiega od nauki, choć oczywiście podawane tu są zupełnie różne przyczyny.

Dla Greków te przyczyny także były rozmaite, bo różne były mity kosmogoniczne. Chaos jednak był wszędzie. Dopiero z niego wyłoniła się uniwersalna Matka, różnie określana i nazywana. Mogła nią być Noc, mogła być Matka Ziemia, Tetyda czy Rea. Może najbardziej poetycki jest mit najstarszy, który powiada, że to naga bogini Eurynome tańcząc na falach powołała świat do istnienia. A więc wszystko poczynałoby się od ruchu, od obrotu, od energii raczej niż materii – pogląd, któremu dałoby się przyporządkować efektowne analogie. I bezpośrednio z tym wiąże się inny pogląd, znów trafny w zasadzie: że istnienie nie stało się takim, jak jest, od razu, że przechodziło przez różne stopnie i etapy. A więc przeczucie ewolucji jest także od kosmogonii nieodłączne. Przyczyny są zresztą zrozumiałe: stara ludzkość sięgała na wpół świadomymi wspomnieniami do dawnych epok, do strasznych kataklizmów, do odmiennego porządku społecznego. Ciekawe jednak, że w tych mitach nie zachowało się wspomnienie epok lodowych. A przecież działo się to stosunkowo niedawno, Egipcjan i Sumerów dzieliło od ustąpienia lodowców zaledwie cztery-pięć tysięcy lat. A ludzkość istniała przecież już w interglacjałach i osiągnęła wcale niemały stopień rozwoju.

Czy przemiany klimatyczne zachodziły tak wolno, że nie były po prostu zauważalne? Czy też ludy, które składają się na żyjącą dzisiaj ludzkość, przybyły z południa nie wiedzącego nic o lodach, zaś te, które one tu na miejscu zastały, zostały wybite i wchłonięte?

Genezis z lodu występuje wprawdzie w mitologii skandynawskiej, ale tam właśnie wcale nie musi być przedwieczna. W każdym razie zostało mgliste wspomnienie, że dawny świat był światem potworów, że bogowie wedle ludzkiej miary, a czasem i nadziei, nie byli bogami początku. Bo kiedy już Matka Ziemia urodziła swojego syna i kochanka Uranosa-Niebo, to jej pierwsze ziemskie dzieci były potworami i gigantami. Byli to więc sturamienni olbrzymi: Briareus, Giges i Kottos, gigantyczni cyklopowie, którzy wszyscy zostali strąceni do Tartaru, a po nich pojawiło się plemię Tytanów, którym przewodził Kronos, później zaś Atlas. I dopiero po tych wszystkich generacjach olbrzymów i potworów objęli rządy olimpijczycy. A więc świat, normy, miary i harmonii wyłonił się po długich zmaganiach. I w poczuciu starożytnych zarówno oni sami, jak i ich bogowie byli nie stwórcami, lecz spadkobiercami. A w takim razie poczucie dziedziczenia i przemiany narzucało się samo.

W ostatecznym uformowaniu bogowie współcześni Grekom byli bardzo liczni, rozmaicie usytuowani i przeróżnie powiązani ze sobą, a zresztą także i z ludźmi. Liczni być musieli, bo skoro wszystko, co żywe, było w jakiejś mierze boskie, to wszystko także miało prawo do swego szczególnego patrona. Kompetencje bogów były przy tym ogromnie zróżnicowane. Na samym szczycie stała święta dwunastka z Olimpu, której zresztą zdarzało się zmieniać swój skład. Początkowo było sześć boskich par, później opiekunka ogniska domowego Hestia ustąpiła swoje miejsce Dionizosowi, czemu towarzyszy piękne wyjaśnienie, że jest tak powszechnie kochana, iż w każdym greckim domu i tak ją przyjmą. Pozostało więc siedmiu bogów i pięć bogiń.

Pierwsze wśród nich miejsce bierze Zeus, łaciński Jowisz, zresztą rodzony brat zarówno boga podziemi Hadesa, jak boga morza Posejdona, jak wreszcie własnej żony Hery, jak i Demeter. Zeus mógł być rozumiany przeróżnie – od uosobienia błyskawicy po jedynego i wszechmocnego Boga. W każdym razie on właśnie był sędzią, wymierzał sprawiedliwość i podejmował wielkie decyzje. On właśnie zbliżał się najbardziej do chrześcijańskich wyobrażeń o Jedynym Bogu i jego dostojeństwo nie miało sobie równego. A zarazem jest tu i druga strona medalu: żaden z bogów nie miał tylu frywolnych przygód miłosnych – od uwiedzenia własnej matki Rei poczynając.

Ale jego prawowitą żoną jest Hera, również bogini o wielkim dostojeństwie, co nie przeszkadza jej kłócić się zaciekle z mężem i krzyżować mu zamierzeń. Takim wielkim sporem była sprawa Zeusowego syna – Heraklesa, prześladowanego przez całe życie przez zazdrosną Herę, która zresztą z reguły gnębiła nieślubne dzieci Zeusa. Ich własne dzieci – Ares, Hefajstos i Hebe, zrodzone po nocy poślubnej, która trwała trzysta lat, również przebywały na Olimpie, chociaż ta młodsza generacja bogów nie wzniosła się do znaczenia pozostałych olimpijczyków. Hebe została podczaszym bogów, aż do chwili gdy wydano ją za ubóstwionego Heraklesa. Choć i tu istnieje zawiła relacja identyfikująca ją ze wschodnią boginią Hebat, a ostatecznie z biblijną Ewą – matką ludzkiego rodzaju. Ares został bogiem wojny szalonej i śmiercionośnej, jest też ustawicznym kochankiem Afrodyty i przeciwnikiem Ateny – opiekunki wojny mądrej. Pamiętamy, jak w „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego Atena musi ustąpić Aresowi... Ich spór jest, jak widać, nieśmiertelny, i to niestety właśnie Ares bywa zwycięzcą.

Najszczególniejszy jest Hefajstos i najsympatyczniejszy zarazem. Niewydarzony, brzydki dzieciak dwukrotnie zrzucany z Olimpu, z połamanymi nogami jest jednak swoistym Leonardem da Vinci bogów: mechanikiem, kowalem, a jeśli sądzić po tarczy Achillesa i innych jego dziełach – także i rzeźbiarzem. To on konstruuje pierwsze w dziejach automaty przybiegające na wezwanie i pierwsze roboty pomagające mu w pracy. Jest więc bogiem prekursorem innej całkiem, dzisiejszej raczej epoki. Gdyby wszystkie teorie były czymś więcej niż teoriami, a wiek technologiczny nastąpił bezpośrednio po antycznym, to właśnie Hefajstos powinien chyba zdetronizować Zeusa, tak jak ten zdetronizował Kronosa, a Kronos – Uranosa. Ponieważ jednak tak się nie stało, Hefajstos pozostał bogiem mądrym, brzydkim i zapracowanym, przy tym mężem wiecznie niewiernej, ale najpiękniejszej z możliwych żony – Afrodyty. Co za przewrotna fantazja lub może szydercza mądrość tak skojarzyła tę parę?

Afrodyta... Na jej cześć powstała lwia część napisanych na świecie wierszy, wyśpiewanych pieśni, wygwarzonych baśni. Bogini miłości, miłości zmysłowej, następczyni wieloimiennych bogiń Wschodu, która nigdy nie była dzieckiem, lecz od razu wyłoniła się z piany morskiej, przyzywana przez wszystkich zakochanych, patronująca wszystkim miłośnikom. Wyposażona w magiczną przepaskę budzącą pożądanie wszystkich i w moc odnawiania dziewiczości (którą to moc miały zresztą i inne boginie) Afrodyta miała bezlik przygód miłosnych z bogami i także z ludźmi. Jej to przecież synem zrodzonym z Anchizesa był pobożny Eneasz, pierwszy założyciel Rzymu. A stąd i Afrodyta-Wenus była szczególną opiekunką miasta Wilczycy. Był jej kochankiem Dionizos i Hermes, i Adonis, i Posejdon, a właściwie dałoby się może to uogólnić i tak, że każdy, kto miał do czynienia z jakąkolwiek kobietą, miał do czynienia z tą cząstką boskości, której dawczynią jest Afrodyta. W tym kształcie i znaczeniu, jakie przekazała nam grecka mitologia, ma ona pewne zabawne ograniczenie: nie wolno jej się zajmować literalnie niczym poza miłością. Kiedy pewnego razu zobaczono ją z wrzecionem, zrobił się skandal na całym Olimpie i Afrodyta uroczyście wyrzekła się jakiejkolwiek pracy. Zbyteczne chyba dodawać, że Kościół widział w niej szczególnie niebezpiecznego demona, którego namiętnie i bezskutecznie do dzisiaj zwalcza. Pokona ją chyba dopiero na własne nieszczęście ruch Womans Liberation, ale miejmy nadzieję, że jeszcze nieprędko.

Ogromną powagą wśród ludzi i bogów cieszy się Demeter, bogini rodzącej ziemi, matka uprowadzonej do Hadesu Kory, patronka eleuzyjskich wtajemniczeń. To ona podarowała ludziom pług i nauczyła ich orać, ona również ofiarowała im drzewo figowe. Jej gniew bywa straszny, ale równie straszny jest jej smutek: po stracie córki ziemia zamarła, a wody i strumienie wyschły. I jej to doroczny smutek, bo zwracają jej córkę tylko na pół roku, przykrywa śniegami całą Europę. Zapewne zresztą obecnie i w lecie Kora rzadziej odwiedza matkę, a wszystko, co zielone, ginie, teraz jednak bogini miast suszy i śniegu, zsyła na strapiony świat o wiele skuteczniejsze i groźniejsze fenole i detergenty.

Pośród olimpijczyków ważne miejsce zajmuje Pallas Atena, bogini mądrości, dziewicza patronka Aten, zresztą także opiekunka i orędowniczka niejednego bohatera: Perseusza, Heraklesa, Dedala, a nade wszystko wracającego do Itaki Odyseusza. Mądra i łaskawa pomagała ludziom w ich niełatwym istnieniu, była natchnieniem wynalazców, opiekunką rzemiosł i kunsztów, jednym z najpotężniejszych, najłaskawszych i najpotrzebniejszych bóstw starego świata. Zresztą nie brak także dostojeństwa boskiemu rodzeństwu Apollinowi i Artemidzie, obdarzonemu srebrnymi lukami i strzałami zsyłającymi zarazę.

Apollo czczony w niezliczonych świątyniach władał także największą wyrocznią starożytności w Delfach, a wiemy też, że w jego orszaku znalazło się dziewięć muz – opiekunek wszelakiej sztuki. Apollo był zawsze symbolem doskonałości, ładu i harmonii, majestatycznego piękna i pogody ducha, choć jego mitologiczne losy nie tylko z harmonijnych uczynków się składały. Groźną potęgę przedstawiała także jego siostra Artemida, dziewicza bogini łowów i księżyca. Dużo w tym rodzeństwie doskonałości, ale mało ludzkiego ciepła, choć i oni spełnili wiele uczynków dobrych i miłosiernych.

Zupełnie innego autoramentu bogami byli Hermes i Dionizos. Pierwszy – nieznośny kpiarz i urwis, złodziejaszek i wynalazca – ukazuje nam swoje wielorakie oblicze jako herold, opiekun kupców, ale i złodziei, posłaniec bogów, pomocny w wielu okolicznościach. I dziwnie się z tym kojarzy jego rola najbardziej tajemnicza, kiedy jako Hermes Psychopompos prowadzi dusze zmarłych do Hadesu, czuwając przy umierających, kiedy po raz ostatni zamykają oczy. To on przy tym wynalazł alfabet i lirę, on łącząc się z innym bóstwem i inną tradycją jako Hermes Trismegistos patronuje wiedzy tajemnej, a więc także transsubstancjacji pierwiastków. Czyżby w takim razie to on właśnie był duchowym ojcem broni nuklearnej?

Wreszcie ostatni z olimpijczyków – Dionizos – wsławił się wynalazkiem, który dotąd odgrywa rolę większą jeszcze chyba niż w starożytności: był bogiem wina. Miał też malownicze i dramatyczne dzieje, wiele wędrował wprowadzając swój kult i jako ostatni z wielkich zasiadł na Olimpie, gdzie Hestia ofiarowała mu własne miejsce.

Ale przecież każdy z nich miał niezliczoną ilość przygód, co więcej zaś, wcale nie wszystkie źródła są zgodne w szczegółach. A nawet wręcz przeciwnie; nie ma prawie kwestii dotyczącej bogów, gdzie nie ścierałyby się ze sobą odmienne czy wręcz sprzeczne wersje. A przecież dzieje bogów olimpijskich to tylko drobna cząstka całego ogromnego panteonu. Bogów było bowiem znacznie więcej, jeśli zaś dodamy do nich wszystkie inne istoty półboskie i nieśmiertelne, to liczba ich przekroczy parę setek. Były przecież bóstwa morza poza Posejdonem i boskie istoty piekieł poza Hadesem i Persefoną. Do jakiego świata zaliczymy trójgłowego psa Cerbera, przewoźnika Charona, trzech sędziów: Eaka, Minosa, Radamantysa? A czyż nie bogami byli Tytani, którzy przypuścili straszliwy szturm na Olimp?

Spróbujmy wyliczyć bodaj najpopularniejsze imiona i największe sprawy. Bo jak zapomnieć o Heliosie, który w słonecznym rydwanie przejeżdża codziennie nieboskłon ze wschodu na zachód? Czy o jego synu, Faetonie, który raz zastąpiwszy ojca, niósł słońce to za nisko, to za wysoko nad ziemią, paląc ją i ziębiąc, aż został strącony przez Zeusa czy może przez własne konie. Heliosa wprawdzie zastąpił Apollo, ale przecież jakoś mieścili się razem na błękitnych błoniach nieba. A jego różanopalca siostra – „rododaktylos Eos” – Jutrzenka? A inna jeszcze siostra – księżyc – Selene? To nic nie szkodzi, że równocześnie boginią księżyca była Artemida i nie ona tylko. Każda bogini była przecież księżycem, a każdy bóg słońcem. Choć pewnie nie stosuje się to ani do Daktylów, bóstw żelaza, ani do przedziwnych dziewięciu Telchinów, ludzi, żółwi i ryb, a także trochę psów zarazem, ani do Okeanosa, ani boga wiatrów Eola, czy do poszczególnych wiatrów, też przecież boskich. Ni do Plejad, Hyjad, Hesperyd, Oriona czy Asklepiosa, Pana albo Priapa.

Właściwie ku jakiejkolwiek stronie i czemukolwiek zwracał się człowiek o czystym sercu, tam nieomylnie czekała go taka czy inna postać boskości. Zapewne, któż mógł spamiętać tę nieprzerwaną plejadę bogów, któż mógł mieć kiedykolwiek pewność, czy właśnie nie uraża, nie obraża któregoś z bogów? Toteż pomyłki się zdarzały, a bogowie, nie zawsze pobłażliwi, nie zawsze też puszczali je płazem. Nie tylko tu zresztą; Artemida potrafiła karać grzesznika nieświadomego, że się grzechu dopuścił. Ale surowiej jeszcze czynił to Jehowa, a prastarzy bogowie Rzymu byli pewnie najsurowsi. Czy to nie stamtąd, czy to nie od tamtej pory obowiązuje maksyma, że „nikt się nie może tłumaczyć nieznajomością prawa”?

Ludzie nie są mniej surowi od bogów. Bogów w starożytności można było przebłagać ofiarą. To samo w stosunku do ludzkich sędziów nazywa się już tylko łapówką. Można się oczywiście i dzisiaj wyuczyć całej mitologii razem z wariantami, ale będzie to miało wartość nie o wiele większą niż bezbłędna umiejętność odróżnienia tego świętego, który wypędza gąsienice z kapusty, od tego, który migdałki leczy. Różnice są, oczywiście. Dzieje bogów są znacznie mniej monotonne, ale za to nie mają wspólnego punktu odniesienia. Zresztą tak czy owak, ani żywoty świętych, ani mitologia nie mówią o Bogu czy bogach.

Mitologia jest rzeczywiście tym mniej więcej w stosunku do religii, czym byłby brany dosłownie kult obrazów. Tadeusz Zieliński nie traktowałby tego zresztą lekko – dla niego przecież Bóg czy wyobrażenie Boga ujawnia się nade wszystko w pięknie.

Całe to ogromne bogactwo wyobrażeń, wersji, imion mogło w ogóle zaistnieć dlatego, że ani kultura, ani religia nie były scentralizowane. Nie istniał jeden tylko ośrodek dyspozycyjny, rozsyłający urzędowe okólniki. Było wprost na odwrót: każda polis miała prawo do własnych wyobrażeń i własnych „preferencji”. Przy czym historycznym aktem rozsądku było rozumienie, że spór o imię boskości jest sporem o słowa, które nigdy nie będą ciałem.


* * * * *

Fragment książki: Piotr Kuncewicz - Antyk zmęczonej Europy

Data utworzenia: 09/03/2014 @ 22:05
Ostatnie zmiany: 11/03/2014 @ 02:37
Kategoria : Grecja
Strona czytana 1739 razy


Wersja do druku Wersja do druku

 

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

 

Reklama

 
Trzecie Oczko
kataryzm.jpgsladami-amuletu.jpgile-lat-ma-wsz.jpghubert-mauss.jpgchrzescijanstwo-przyszlosci.jpg50-najwiekszych-k.jpgAngelo Scarabel.jpghis-niem.jpgrod-argeadow.jpgwilson-o-naturze.jpgpeck-w-poszukiwaniu.jpgschylek-sr-eu.jpgksiega-rzeczy-dziwnych-1.jpgswiat-symb-chrzesc.jpgNorbu - Krysztal.jpgtajne-stowarzyszenia.jpgkierul-newton.jpgdennett-odczarowanie.jpgtragedia-narodu.jpgkramer-smierc.jpgMinois-kosciol-i-n.jpgPetoia-wampiry.jpegtokarczyk-4-j-a.jpgjudaizm-u-poczatkow.jpgreligie-w-a-poludniowej.PNGbez-ograniczen.pngreligie-sw-ency.jpgdionizos-kere.jpgstomma-slonce.jpgvoodoo.jpgrel-sw-rzymskiego.jpgzloty-przewodnik-p-r-halu.jpgmessadie-diabel.jpgrenan.jpgbudda.jpgreligia-en.jpgkanert-buddyzm.jpgteksty-piramid.jpghistoria-grzechu.jpgHetyci-klingel.pnglegowicz-zarys.jpghistoria-chin.jpgreligie-s-b-wschodu.jpgFitzGerald - Chiny.jpghaasler-tajne-sprawy-papiezy.jpggrant-dz-izraela.jpgbuddyzm-b-p-l-a.jpgazja-i-afryka.jpg
Reklamówka
Rel-Club
Sonda
Czy jest Bóg?
 
Tak
Nie
Nie wiem
Jest kilku
Ja jestem Bogiem
Ta sonda jest bez sensu:)
Prosze zmienić sondę!
Wyniki
Szukaj



Artykuły

Zamknij - Japonia

Zamknij BAHAIZM

Zamknij BUDDYZM - Lamaizm

Zamknij BUDDYZM - Polska

Zamknij BUDDYZM - Zen

Zamknij JUDAIZM - Mistyka

Zamknij NOWE RELIGIE

Zamknij NOWE RELIGIE - Artykuły Przekrojowe

Zamknij NOWE RELIGIE - Wprowadzenie

Zamknij POLSKA POGAŃSKA

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Archeologia

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Bałtowie

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Manicheizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Konfucjanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Satanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Sintoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Taoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Zaratustrianizm

-

Zamknij EUROPA I AZJA _ _ JAZYDYZM* <<==

Nasi Wierni

 2239467 odwiedzający

 21 odwiedzających online