Religioznawstwo
Zagadnienia Religijne
Europa Pogańska
Azja
Hinduizm i odłamy
Judaizm i odłamy
Chrześcijaństwo i odłamy
Islam i odłamy
Afryka
Ameryka
Australia i Oceania

<< ART.PRZEKROJOWE - Papua Nowa Gwinea - misjonarz w pułapce inkulturacji

Papua - Nowa Gwinea
- misjonarz w pułapce inkulturacji


Przeciętny Europejczyk wyobraża sobie Nowogwinejczyka jako uśmiechniętego dzikusa z łukiem w ręku, a kobietę tamtejszą w spódniczce z liści palmowych, jako jedynym odzieniu.
Tradycyjny strój Nowogwinejczyka to rzeczywiście wiązka trawy z przodu i z tyłu. Związane jest to z klimatem tropikalnym o wilgotności powietrza sięgającej 94 proc. Wielu misjonarzy przypłaca to zresztą chorobami serca. Dochodzą do tego obfite opady: w niektórych rejonach Papui potrafi spaść 3 tys. milimetrów w ciągu jednej nocy – tyle, co w Polsce przez cały rok.

Czy warunki zewnętrzne mają jakiś wpływ na religijność?
Niektórzy etnolodzy twierdzą, że ludy żyjące wokół Równika, w gorącym i wilgotnym klimacie, gdzie powietrze zawiera mniejszą ilość tlenu, wytworzyły specyficzną duchowość i typ religijności. Chodzi o pewną skłonność tych ludzi do mistycyzmu, do innego przeżywania rzeczywistości pozaziemskiej.

Normy miejscowej kultury mają z pewnością wiele reperkusji w życiu wspólnot chrześcijańskich?
Naturalnie. Na przykład fizyczny kontakt z kobietą nieznajomą stanowi obrazę uczuć moralnych społeczności. Ma to reperkusje przy sprawowaniu sakramentów. Misjonarz udzielając ślubu mówił dawniej: podajcie sobie ręce i wiązał ich stułą. To znaczy, że wobec wszystkich zgromadzonych obrażał publicznie moralne zasady nowogwinejskie. Nie można było tego robić. Misjonarze wybrnęli w ten sposób, że gdy narzeczeni zawierają ślub, to nie podają sobie ręki, lecz chwytają krzyż, który im podaje misjonarz. Mężczyzna koniecznie musi chwycić wyżej, a kobieta niżej.

Czyli były próby wprowadzania zwyczaju europejskiego, ale to się źle kończyło?
Tak, prowadziło to do zgorszenia. Trzeba było z tego zrezygnować. Uczyniono to po Soborze, gdy mocno doszły do głosu tendencje inkulturacyjne. To było wszędzie widać. Na przykład zamiast dzwonków w kościele wprowadzono bębny kyndu albo garamuty – kłody drzewa, wydrążone w środku, wydające w kościele głuchy dźwięk. Instrument ten służy też jako telegraf. Szliśmy kiedyś w Wielki czwartek z kolegą słuchać spowiedzi. Było trzęsienie ziemi, kamień spadł na drogę i zatarasował ją tak, ze nie mogliśmy dotrzeć do pewnej miejscowości. Mój kolega poprosił, żeby wystukali garamutem, że nie będzie spowiedzi w tej miejscowości, lecz w innej. Gdy dotarliśmy tam po trzech godzinach ludzie już na nas czekali, by się wyspowiadać.

W posoborowych latach pousuwano świeczniki z kościołów i poustawiano nowe kundu. Także dzwony przed kościołami niekiedy zostały zastąpione przez garamuty, za pomocą których zwołuje się ludzi na modlitwy. Paweł VI w Africae terrarium powiedział, że Afrykańczyk stając się chrześcijaninem nie przestaje być Afrykaninem. Może wejść do Kościoła z całym bogactwem swojej kultury. To samo dotyczy Nowogwinejczyków. Bywają oczywiście pewne problemy.

Na Nowej Gwinei świętym zwierzęciem jest prosię. Natomiast gołąb symbolizuje to co w naszej kulturze prosię – nieczystość, brud, odrazę. Na początku ewangelizacji, gdy przyszliśmy z wielką miłością Boga w postaci gołębicy, obrażaliśmy uczucia Nowogwinejczyków, gdyż tę syntezę brudu staraliśmy się pokazać jako Ducha Świętego – miłość Bożą. Było to obrażanie tamtejszych uczuć estetycznych i religijnych.

Po Soborze co gorliwsi misjonarze, zafascynowani koncepcją inkulturacji, podjęli próby przedstawiania Ducha Świętego w postaci prosięcia. Nowogwinejczycy byli zachwyceni.

Ale inkulturacja była w tym przypadku za daleko posunięta, gdyż symbol gołębicy pochodzi z Pisma Świętego, czyli z Objawienia. Na skutek ostrych protestów z Rzymu zrezygnowano z tego i pozostano przy gołębicy. Po pewnym czasie dzięki katechezom, symbol ten został przyswojony przez tubylców.

Jak wyglądały Księdza kontakty z ludźmi, przy jakich okazjach do nich dochodziło?
Interesował mnie busz, zwłaszcza te wioski, gdzie rzadko docierał misjonarz. Gdy docierałem do jakiejś wsi często nie spotykałem nikogo. Chociaż wiedziałem, że gdzieś zza trzciny łypie jakieś oko, które mnie obserwuje. Dlatego zaczynałem od przedstawienia się. Krzyczałem: jestem misjonarz Kowalak, przyszedłem was odwiedzić, chcę z wami porozmawiać. Powtarzałem to dwa razy. Po pewnym czasie zjawiał się jakiś mężczyzna. Przechodził udając, że mnie nie widzi. Musiałem do niego podejść, zagadać. Stopniowo zaczynali się pojawiać inni, także kobiety i dzieci – grupka robiła się coraz większa. Oznaczało to, że zdobywam zaufanie.

Ciekawa jest niezwykła intuicja Nowogwinejczyków, którzy potrafią po minucie przejrzeć zamiary człowieka, odczuć, czy jest on do nich przyjaźnie nastawiony: odczytują to z zachowania, ze sposobu stania, z wyrazu oczu. W rozmowie z Nowogwinejczykami bardzo ważne jest umiejętne zadawanie pytań, tak aby nie sugerować odpowiedzi. Gdy etnolog pyta: Czy wierzysz w Boga?, Nowogwinejczyk sonduje, jaką jego rozmówca chce usłyszeć odpowiedź. Jak będzie chciał, by powiedział tak, odpowie tak, jeśli nie – odpowie nie. Nie można więc natychmiast żądać odpowiedzi.

Jako misjolog z dużym zainteresowaniem obserwowałem też singsing...

... czyli miłosne śpiewanie – takie znalazłem określenie tego święta...
Nie, to raczej przypomina nasze dożynki czy odpust. Na to święto schodzi się cała okolica, nieraz z odległości 50 km. Nowogwinejczycy występują wówczas w swych strojach tradycyjnych, przedstawiają swe tańce – każde plemię inne. Jest to jedyny dzień, kiedy wolno zabić świnię i zjeść ją. Prócz wszystkich aspektów radości, uciechy, zdarzają się też tragiczne wypadki. Wielu miejscowych nie ma na co dzień okazji do najedzenia się. Ten jeden raz w roku lubią sobie pofolgować i bywają przypadki śmierci z przejedzenia. Do tego dochodzi pijaństwo. Młodzi mężczyźni potrafią oszczędzać przez cały rok, aby w ten dzień kupić sobie skrzynkę piwa - 25 butelek – i wypić wszystkie na jedno posiedzenie. Wtedy też zdarzają się wypadki śmiertelne.

Którą z Mszy św. odprawianych w buszu najlepiej Ksiądz pamięta?
Na Boże Narodzenie wysłano mnie, bym pomógł jednemu koledze przeciążonemu pracą. Miał tak ułożony program, że odprawiał Mszę św. co dwie godziny – tyle było kaplic, gdzie musiał dojechać. Zjedliśmy razem z nim wigilię – ryż i rybę z puszki – i zaczęliśmy odprawiać Pasterki. W drugi dzień świąt pojechałem do dalekiej stacji – 3 godziny samochodem, 3 godziny łodzią po rzece, 6 godzin na piechotę. Gdy doszedłem na miejsce okazało się, że nikt z wioski nie przyszedł na Mszę św. Odprawiłem ją sam. Okazało się, że cała ta wioska jest związana z kultem cargo; jeden z jego liderów całkiem odciągnął wieś od Kościoła.

Na czym polega kult cargo?
Nazwa wywodzi się od hiszpańskiego słowa „cargar”: ładować, załadowywać. Angielskie „cargo” to ładunek, zwłaszcza ten przewożony samolotami i okrętami. Kult cargo rozwinął się na Nowej Gwinei na skutek spotkania się dwóch całkowicie odmiennych cywilizacji: zachodniej i nowogwinejskiej, oraz wiary chrześcijańskiej z wierzeniami miejscowymi. Według tradycyjnych wierzeń wszystko, co człowiek posiada, wszelkie dobra, zwłaszcza materialne, pochodzą od jego przodków, którzy mu je kiedyś przekazali. Oni też nauczyli go, jak te rzeczy wykonywać: jak robi się stalową siekierę, łuk, strzałę, etc. Przodkowie też, u zarania ludzkości, nauczyli ich sposobu zachowania, jedzenia – o tym mówią ich mity. Człowiek ma obowiązek zachowywać w życiu te wszystkie zwyczaje.

W czasie pierwszej i drugiej wojny światowej, kiedy Nowogwinejczycy spotkali się z wytworami cywilizacji zachodniej, byli zaszokowani. Była to na przykład fascynacja samolotem: skąd bierze się ten ptak niebieski, który z nieba zrzuca pełno towarów dla wojska. Innym razem – opowiadali sobie – do brzegów wyspy zbliżył się jakiś potwór morski, wynurzył się spod wody, a z jego cielska wyszli ludzie z rozmaitymi towarami. Łódź podwodna była dla nich wielkim szokiem; nie umieli sobie tego wytłumaczyć. Podobnie było z bronią palną, która wprawiała w zdumienie ludzi znających tylko łuki i dzidy.

Nurtowało ich pytanie: skąd biali ludzie mają te wszystkie rzeczy? Odpowiedzieli zgodnie ze swoimi pojęciami religijnymi: dostali je od swoich przodków. A dlaczego przodkowie białych dali im te rzeczy, a nasi nam nie dali? Widocznie dlatego, że mają bardziej skuteczne obrzędy kultowe. Tak narodził się kult cargo: jego liderzy mówią, że należy składać takie obrzędy, tak się modlić i tak zachowywać, żeby nasi przodkowie również nam coś przysłali, tak, jak to przysłali białym. A zatem musimy przyjąć chrześcijaństwo, bo nie ulega wątpliwości, że biały człowiek ma to wszystko dzięki swojej religii. Jeśli będziemy chodzić na Mszę św., spowiadać się, przyjmować Komunię św., pościć, odmawiać różaniec, to nasi przodkowie też nam dadzą.

Badałem księgi chrzcielne niektórych regionów po II wojnie światowej, w latach 1947-50. Zdarzało się, iż 400 osób jednego dnia przyjmowało chrzest: oznacza to masowy chrzest całej okolicy, bo jedna wioska liczy tam 30-40 mieszkańców. Sądzę, że przyświecała im głównie myśl otrzymania cargo – towaru, który mają biali. Misjonarze wpadli w euforię. Tubylcy okazali się gorliwymi katolikami: chodzili do kościoła, modlili się, spowiadali, pościli. Ale minęły trzy, cztery lata, a cargo nie przyszło, podczas gdy dary dla białych ciągle nadchodziły. To znaczy że nasze modlitwy są nieskuteczne.

Wówczas przyszła refleksja: widocznie biały człowiek nas oszukał. Dał nam rzeczy zewnętrzne, nieistotne, a rzeczy najlepsze zatrzymał dla siebie. Wtedy – w połowie lat pięćdziesiątych – zaczął się masowy odwrót od chrześcijaństwa. Piękne, nowo pobudowane kościoły zostały opuszczone przez ludzi. Do dzisiejszych czasów kulty cargo są głównym, problemem chrześcijaństwa na Nowej Gwinei. Gdzie one się pojawiają, tam zanika wiara chrześcijańska.

W jaki sposób misjonarze obecnie radzą sobie z kultem cargo?
Cechą charakterystyczną tego kultu jest jego ustawiczne zanikanie i odradzanie się. Często w zmienionej formie.

Gdy Nowogwinejczycy zobaczyli, że biały człowiek rozmawia przez telefon ze swoimi przodkami, którzy mu potem przynoszą dary, też zaczęli zakładać telefony: rozpinali sznurki między drzewami, gadali do nich i prosili o przysyłanie darów. Po obserwacji samolotów wojskowych, dokonujących zrzutów dla wojska, zaczęli budować samoloty w buszu i modlić się do nich.

Jeśli jeden sposób zdobycia cargo nie udał się, wymyślali inny. Był okres, gdy budowali „sztuczne cmentarze” na wzór cmentarzy wojennych, gdzie nie było ciał poległych żołnierzy. Modlili się tam o dary.

Były też sprawy poważniejsze. jeden z liderów kultu cargo stwierdził, że biały człowiek dlatego wszystko ma, że Chrystus umarł właśnie za niego. Pojawiła się myśl: musimy też mieć swojego Chrystusa. Ktoś musi ponieść ofiarę, a potem będziemy mieli się dobrze. I zdarzyło się, że w wiosce Garegut, gdy biskup Noser poświęcał kapliczkę, w czasie procesji wzięto mężczyznę, Nowogwinejczyka, na ofiarę, i na oczach wszystkich poderżnięto mu gardło. Mężczyzna ten wiedział, że będzie zamordowany, i zgodził się na złożenie ofiary. Gdy okazała się ona nieskuteczna, zabójca bardzo żałował swego czynu. Stanął przed sądem państwowym, który go uniewinnił, gdyż uznał, że działał w zgodzie z własnymi przekonaniami religijnymi.

Z tego, co Ksiądz mówi, wyłania się dość pesymistyczny obraz chrześcijaństwa.
Nawet gorliwi chrześcijanie, katolicy, mają wciąż zakodowane swoje tradycyjne wierzenia.

Kult cargo nie jest przecież wierzeniem tradycyjnym.
Ale wypływa z wierzeń tradycyjnych. Moim zdaniem każdy Melanezyjczyk jest potencjalnym cargistą. Czy można zmienić tę mentalność? Rozmawiałem kiedyś z byłym cargistą, który stał się katechistą i pracował na stacji misyjnej. Zapytałem go, czy istnieje możliwość zmiany tej mentalności, odejścia od kultu cargo? On się uśmiechnął, wskazał na swoją młodszą córkę i powiedział: być może jej wnuki będą myśleć inaczej. Widać więc jak te wierzenia są mocno zakorzenione w psychice Melanezyjczyka.

Rozmowa z ks. prof. Władysławem Kowalakiem SVD
Rozmawiał: Paweł Wołowski

Ks. prof. Władysław Kowalak SVD jest kierownikiem Katedry Historii Religii Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie oraz kuratorem Misjologii na tejże uczelni, gdzie prowadzi wykłady od 1971 r. Owocem jego pracy misyjnej w Papui Nowej Gwinei jest m.in. studium „Kulty cargo na Nowej Gwinei” (Warszawa 1981).

http://www.misyjnedrogi.pl

Data utworzenia: 12/09/2009 @ 15:51
Ostatnie zmiany: 06/08/2011 @ 17:02
Kategoria : << ART.PRZEKROJOWE
Strona czytana 1961 razy


Wersja do druku Wersja do druku

 

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

 

Reklama

 
Trzecie Oczko
monastery-picture03.jpgmonastery-mont-saint-michel.jpgIonaAbbey.jpgmonastery-picture01.jpgbud101.jpgneamt-monastery-moldova.jpgthiksey-gompa-in-ladakh.jpgManastirea_Sinaia.jpgjasna-gora.jpgdracula_mnsnagov.jpggreek.jpgmonastery-picture05.jpgmonastery-picture08.jpgjvari.jpgmonastery-picture07.jpgpoblet.jpgmonastery-picture06.jpgmonastery-picture02.jpg0-bhutan.jpgdiveevo.jpg0-Jvari Monasteri-Georgia.jpgjericho-st-georges-monastery.jpgmeteora_monastery.jpgSofia.jpgmonastery-picture04.jpgCamedolite-Monastery.jpg
Reklamówka
Rel-Club
Sonda
Czy jest Bóg?
 
Tak
Nie
Nie wiem
Jest kilku
Ja jestem Bogiem
Ta sonda jest bez sensu:)
Prosze zmienić sondę!
Wyniki
Szukaj



Artykuły

Zamknij - Japonia

Zamknij BAHAIZM

Zamknij BUDDYZM - Lamaizm

Zamknij BUDDYZM - Polska

Zamknij BUDDYZM - Zen

Zamknij JUDAIZM - Mistyka

Zamknij NOWE RELIGIE

Zamknij NOWE RELIGIE - Artykuły Przekrojowe

Zamknij NOWE RELIGIE - Wprowadzenie

Zamknij POLSKA POGAŃSKA

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Archeologia

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Bałtowie

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Manicheizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Konfucjanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Satanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Sintoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Taoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Zaratustrianizm

-

Zamknij EUROPA I AZJA _ _ JAZYDYZM* <<==

Nasi Wierni

 2315215 odwiedzający

 21 odwiedzających online