Religioznawstwo
Zagadnienia Religijne
Europa Pogańska
Azja
Hinduizm i odłamy
Judaizm i odłamy
Chrześcijaństwo i odłamy
Islam i odłamy
Afryka
Ameryka
Australia i Oceania

=> Anglikanizm - Narodziny anglikanizmu - 2

Narodziny anglikanizmu - 2
Somerset sprzyjał tym zmianom, lecz jako protektor państwa dostrzegał także szersze horyzonty i nawet próbował walczyć z ogradzaniem. Nie odniósł sukcesu, bo mu nie pozwolono go odnieść. Wykorzystano przeciw niemu pewne niepowodzenia militarne i zaburzenia wśród ludności katolickiej.

Głównym jego wrogiem był John Dudley, hr. Warwick (1502-1553), któremu w październiku 1549 r. udało się usunąć Somerseta z rady i przejściowo go uwięzić, samemu zaś zająć jego miejsce: otrzymał je bez tytułu protektora, ale za to już jako książę Nortumbrii. Przed sądem parlamentu zdołał się Somerset obronić i nawet wrócił do rady, lecz w 1551 r. aresztowano go po raz drugi i 22 stycznia 1552 ścięto. Wzmogło się i zaczęło przybierać na sile poparcie udzielane protestantyzmowi; w tym samym roku ogłoszono nowe artykuły wiary, tym razem było ich 43. Niewiele już jednak pozostawało choremu na gruźlicę królowi, a świadomość, że miesiące jego życia są policzone, wprawiała namiętności i ambicje w niesamowity ruch wirowy. Do obłędu doprowadzało to przede wszystkim Warwicka i ród Suffolków.

Obraz musi być całkowicie jasny i dlatego nawet każde powtórzenie jest usprawiedliwione. Z małżeństwa drugiej siostry Henryka VIII, Marii i księcia Suffolk urodziła się córka (Frances, Franciszka), zaślubiona Henrykowi Greyowi, który od 1551 r. też nosił ten tytuł książęcy, a w ogóle należał do najbardziej wpływowych osób w okresie małoletności króla. Franciszka i Henryk mieli córkę Joannę (Jane Grey, Lady Jane), urodzoną w 1537 r. Charakteryzowanej epoce nie brak tragicznych postaci, jeśli jednak chodzi o losy tej dziewczyny, nawet takie określenie jest zbyt blade.

Jane Grey Jane Grey Naciskany przez doradców, którym żądza władzy odbierała rozum, Edward VI zmienił ustawę sukcesyjną swojego ojca, wyłączając od następstwa tronu obie swoje siostry, a przenosząc je na męskich potomków Joanny Grey; ona sama miała sprawować regencję wespół z innymi jeszcze działaczami. Wszystko to było równie piękne jak bezprawne i pozbawione jakiegokolwiek sensu, bo Joanna nie tylko dzieci, ale nawet męża jeszcze nie miała. Intensywnie jednak myślano w obu zainteresowanych rodzinach i o tym; czwarty syn Warwicka, Guildford Dudley, miał zostać mężem Joanny. Chociaż nie chciała tego małżeństwa i broniła się przed nim, nie potrafiła przemóc brutalnej natarczywości - zaślubiny odbyły się 21 maja 1553 r., a już 6 lipca umarł król Edward, zdążywszy przedtem po raz drugi zmienić ustawę o następstwie tronu, przy czym uczynił to całkiem samowolnie (poprzednie zmiany sankcjonowali członkowie rady państwa).

Edward skreślił słowa "męskie potomstwo Joanny", wprowadzając zapis: "Joanna i jej męskie potomstwo". Henryk Grey Suffolk i John Dudley Warwick książę Northumberland mogli triumfować. Ten drugi był głównym motorem wszystkich działań, Grey ulegał mu we wszystkim, a łącznie oceniając to można powiedzieć, że obaj, trzymając się mocno za ręce, szukali za wszelką cenę najlepszej drogi wiodącej na rusztowanie.

W trzy dni po śmierci króla uproszona przez specjalne poselstwo Joanna Grey udała się do zamku Tower i została królową, o której w pomniejszych kompendiach nawet się nie wspomina. "Panowała" dziewięć dni, prawdopodobnie każdego dnia w coraz większej trwodze - widać było, że ludzie nie akceptują wymuszonych zmian. Trudno powiedzieć, na co liczyli inicjatorzy i winowajcy tej niesamowitej sytuacji, sił bowiem nie mieli żadnych, może ściślej: stosunek tych sił do potrzeb i pretensji przedstawiał się fatalnie. A pretensje były - mąż Joanny, Guildford Dudley, nie mógł już wytrzymać i żądał tytułu królewskiego - efemerycznej królowej ledwie się udało odłożyć tę sprawę do konsultacji z parlamentem.

Tymczasem nie traciła ani godziny prawna dziedziczka tronu, Maria, przedostając się do Norwich w hrabstwie Norfolk, gdzie było sporo ludności katolickiej. Tam obwołano ją królową, w następnych dniach opowiedziała się za nią cała Anglia łącznie z przyrodnią siostrą Elżbietą, 3 sierpnia Maria wkroczyła do Londynu. Daremnie upokarzał się i prześcigał w zapewnieniach wierności Warwick, daremnie przekonywał, że stał się katolikiem; ścięto go 21 sierpnia.

Ten sam los spotkał kilkudziesięciu innych zwolenników Joanny, natomiast ją samą, jej męża i ojca (Henryka Greya) przejściowo oszczędzono i może by w ogóle wyszli cało z tej strasznej matni, gdyby naprawdę potrafili się zreflektować i uspokoić. Henryk Grey ponosi największą winę; aresztowany wraz z żoną 27 lipca 1553 r., został jednak po kilku dniach wypuszczony. Były zatem szanse przetrwania, gdyby potrafił zapomnieć o utraconej wielkości i nie dał się wciągnąć do buntu protestantów przeciw królowej Marii. Zwięzłego wyjaśnienia wymagałoby określenie Joanny jako "Królowej 9 dni", bo czasami pisze się o 12 dniach, lub jeszcze inaczej. Nie jest to oczywiście ważne, ale do nieporozumień może prowadzić. Początek należy liczyć od 10 lub 11 lipca, bo wtedy ukazała się jej pierwsza enuncjacja, a 19 lipca własny ojciec musiał jej powiedzieć, że przestała być królową.

Maria Tudor Maria Tudor Maria Tudor (1553-1558) nazwana później Marią Krwawą, była fanatycznie przywiązana do katolicyzmu; jej krótkie rządy to ostatnie katolickie pięciolecie w dziejach Anglii, a nadany jej przydomek świadczy o tym, jakimi metodami utrzymywano wtedy posłuszeństwo starej wierze. Refleksje przy takich ocenach muszą być jednak możliwie wszechstronne: ani za Henryka VIII życie w Anglii nie było sielanką, ani też aparat represyjny późniejszej królowej Elżbiety nie składał się z samych owieczek. Prawda jest przejrzysta jak kryształ - Maria Tudor otrzymała przydomek Krwawej tylko dlatego, że była katoliczką. Gdyby z taką samą zaciekłością prześladowała katolików, nikt by jej Krwawą nie nazwał. Dla Elżbiety, która będzie równie zawzięcie prześladować katolików, nie szukano określenia z ujemnym wydźwiękiem. Nazwano ją pięknie i podniośle Królową-Dziewicą, mimo że utraciła ten skarb mając nie więcej niż 15 lat.

Wiadomo już, że Maria Tudor została zaślubiona Filipowi hiszpańskiemu, do 1556 r. jeszcze nie królowi. Gdy dowiedziano się o zamierzonym małżeństwie, zerwał się do buntu fanatyczny protestant, Thomas Wyatt, syn poety angielskiego dość wysokiej rangi, o tym samym imieniu. Jako ciekawostkę warto podać, że ten poeta, Thomas Wyatt senior, kochał się kiedyś w Annie Boleyn, bodaj nie bez dowodów wzajemności. Po egzekucji Anny więziony, wydobył się jednak z opresji; uwięzionemu po raz drugi po egzekucji Cromwella - znowu sprzyjało szczęście, za które miał zapłacić syn. Wyatt junior podburzył do wystąpienia hrabstwo Kentu, zebrał trochę ludzi i ruszył na Londyn. Udało mu się nawet przekroczyć Tamizę, ale na tym sukcesy się skończyły, ustępując długiemu szeregowi szubienic i rusztowań. 12 lutego 1554 r. spadły głowy tragicznej pary małżeńskiej, Guilforda Dudleya i siedemnastoletniej Joanny Grey. Jeszcze też w lutym ten sam los spotkał jej ojca, Henryka Greya, który ukrywał się w hrabstwie Warwick. O tym, że stracony został Wyatt, można już nie wspominać. Elżbietę, także uwięzioną, zdołano uratować.

Najbardziej odrażające w tym oceanie krwawych plam jest stracenie Joanny Grey, najmniej winnej, jeśli nie brać pod uwagę paru dni wywyższenia, zresztą też w atmosferze grozy i lęku. Umierała po bohatersku - wychowana w surowym protestantyzmie umiała czerpać otuchę z Biblii, którą podobno przedtem też czytała ciągle i z pasją, w dodatku po grecku. Przypisuje się też znajomość greczyzny Elżbiecie - przeczyć nie wypada ani w jednym, ani w drugim wypadku, chociaż trudno się powstrzymać przynajmniej od drobnych wątpliwości co do stopnia opanowania tego języka. Umiarkowany sceptycyzm jest zawsze lepszy niż nie kontrolowana przesada.

Do więzienia powędrowała też cała masa prześladowców katolicyzmu w poprzednich dziesięcioleciach, z Tomaszem Cranmerem na czele. Trzymany w więzieniu bardzo długo i zmuszany do różnych odwołań, poniósł śmierć na stosie. Szerokim frontem, ale i pod wielkim przymusem wracała Anglia do katolicyzmu. Przeżywała też królowa Maria niedługie okresy osobistego szczęścia. Po ustabilizowaniu się sytuacji zakłóconej przez bunt Wyatta odbyły się zaślubiny z Filipem, który nie mógł jednak stale przebywać w Anglii, bo najpierw musiał pilnować Niderlandów, a od 1556 r. był królem Hiszpanii. Przyjedzie jeszcze jeden raz do Anglii w 1557, skłoni swoją starszą znacznie małżonkę do wzięcia udziału W wojnie z Francją po stronie Hiszpanii, i na tym wszystko się skończy.

W okresie między obu pobytami męża królowej szaleństwa represyjne sięgnęły poza wszelkie szczyty. Maria Tudor zasłużyła na swój przydomek, chociaż nie przypięto by go jej w innym układzie stosunków. Egzekucje, zawsze po torturach, odbywały się bez przestojów, najbardziej srożyli się oczywiście ci, którzy sami kiedyś doznawali takich udręczeń. Następca Cranmera w Canterbury, kardynał Reginald Pole (1500-1558), też jest do nich zaliczany, mimo że są dowody, że właśnie łagodził eksterminacyjne zapędy Marii. W 1536 r. Pole doprowadził Henryka VIII do wściekłości książką O jedności Kościoła (De unitate ecclesiae), wymierzoną przeciw nowinkom religijnym. Sam uniknął represji, bo znalazł się za granicą, ale na rodzinie odbiła się zemsta króla w sposób straszny. W więzieniu znaleźli się dwaj bracia Reginalda, Henry Pole, lord Montague, i Geoffrey Pole, oraz matka, Margaret, hrabina Salisbury (1473-1541), przedstawicielka starego królewskiego rodu Plantagenetów. Henry wszedł na rusztowanie 9 grudnia 1539 r., skazany również na śmierć Geoffrey dwukrotnie usiłował popełnić samobójstwo; ostatecznie darowano mu życie, wybłagane, dosłownie wymodlone przez żonę. Nie oszczędzono natomiast matki (miała 68 lat!), ściętej 27 maja 1541. Przed nimi wszystkimi zginął, też na rusztowaniu, szczególnie znienawidzony przez Cromwella Henry Courtenay, markiz Exeter (1496-1538).

Elżbieta I Tudor Elżbieta I Tudor Po śmierci Marii Tudor królową została córka Anny Boleyn, Elżbieta I (1558-1603). Oryginalna to była władczyni - oryginalności nie brakowało zresztą ani jej bezpośredniej poprzedniczce, ani żadnemu z męskich poprzedników. Jest jedną z dwóch kobiet, które w narodzie angielskim i w jego historiografii uznane zostały za wyjątki wśród wyjątków i wyniesione na ołtarze z ocenami możliwie najwyższymi. W takiej relacji niekoniecznie trzeba się dopatrywać ironii; pozostawiając na razie w spokoju drugą z tych ukoronowanych kobiet, Wiktorię (1837-1901), trudno nie przyznać, że rządy Elżbiety stały się podwalinami nowożytnej potęgi Anglii. Sama teza nie ulega zachwianiu, nawet gdy się jak najbardziej z bliska przypatrujemy tej postaci i dostrzegamy wszystkie jej ujemne rysy. Wydobywano je też wielokrotnie, a czynili to zwłaszcza autorzy nie zainteresowani narodowo w zacieraniu, uświęcaniu i ubóstwianiu.

Elżbieta była kobietą nad wyraz samolubną, niestałą, zawsze chwiejną, mniej skłonną do decyzji niż do wymierzania kar za decyzje podjęte przez innych, nie oceniającą prawdziwych zasług, a nie szczędzącą łask (zwykle jednak zlewanych ostrożnie, dozowanych według pewnej miary) pochlebcom i donosicielom. To prawda też, że uważała się za najpiękniejszą kobietę świata, chociaż do urody, która by naprawdę mogła zawracać w głowach, było jej daleko. Cieszyła się co prawda powodzeniem, ale na takim stanowisku jakżeż można było go nie mieć. Po ojcu - bo na pewno Henryk VIII był jej ojcem, choć sam w to czasami wątpił - odziedziczyła brutalność i może nie tyle okrucieństwo, ile kamienny stosunek do cierpień ludzkich. Nerwowa i nie zawsze uważająca za stosowne się hamować, potrafiła nawet bić po twarzy swoich dostojników, gdy wskutek czegokolwiek wywoływali jej niezadowolenie, np. w wypadku niepowodzenia misji dyplomatycznych. Nie krępowano się podczas panowania Elżbiety z wydawaniem wyroków śmierci. Można by też zastanawiać się nad jej umysłowymi zaletami, chyba że jak za panią matką powtarza się uporczywie utrzymywane twierdzenie, że przez całe życie niemal nic innego nie robiła, tylko czytała, i to wyłącznie po grecku, a czasem po łacinie.

Nawet jednak jezuici wiedzieli, że monarcha nie musi być ideałem jako człowiek. Nie była takim wzorem i Elżbieta, ale jej 45-letnie panowanie przyniosło Anglii stabilizację, Anglikom zaś - znacznie szersze niż przedtem możliwości osiągania osobistego szczęścia, czasem co prawda kończącego się na rusztowaniu. Indywidualnymi sprawami nie warto jednak się zajmować, chyba w przypadkach całkowicie wyjątkowych.

Stabilizacja dotyczyła przede wszystkim życia religijnego. Po różnych, nie zawsze skoordynowanych pociągnięciach Henryka, po protestantyzmie Edwarda i katolickich rządach Marii Tudor zwyciężyło ostatecznie wyznanie anglikańskie. Doktrynalnie i organizacyjnie uregulowano wszystko, co się tylko dało. Po usunięciu trzech uznanych za kalwińskie artykułów z poprzedniego wyznania wiary utrzymano liczbę 39 artykułów jako podstawę nauki i zmuszono całe duchowieństwo do jej bezwzględnego uznania. Oparło się bardzo niewielu przedstawicieli kleru - ci utracili swoje beneficja, niektórych także więziono. Nadano też ostateczny kształt tekstom w księdze modlitw, która odtąd miała jedynie obowiązywać. Ogólnie można powiedzieć, że nastąpiły pewne złagodzenia w sformułowaniach brutalnie antykatolickich - Elżbieta liczyła się przecież z Europą, głównie z Hiszpanią, ale pod żadnym innym względem nie odstępowała od anglikanizmu, troszcząc się nawet w szczegółach o to, ażeby stał się wyznaniem prawdziwie narodowym. Monarcha pozostawał głową Kościoła, akt o supremacji wznowiono w całej pełni, ustalono wszystkie szczeble struktury organizacyjnej, wraz z najwyższą władzą, po polsku nazywaną wysokim konsystorzem.

Nastąpiło zatem bardzo mocne sprzężenie wyznania anglikańskiego z angielskością, ale - wspomniano już o tym - nie mogło być mowy o jakiejś absolutnej wyłączności. Istniała jeszcze w Anglii ludność katolicka, przypadała jej już jednak tylko rola myszy pod miotłą; sporo Anglików garnęło się też do kalwinizmu - będą to także wspomniani purytanie. Będzie wreszcie Szkocja ze swoją oddzielną epopeją religijną.

William Cecil William Cecil Elżbieta miała oczywiście także, jak każdy monarcha, swoich doradców i współpracowników. Jeden z nich zasługuje na szczególne wyróżnienie, jako że potrafił przetrwać przy trudnej i chimerycznej królowej dokładnie 40 lat, a więcej tylko dlatego nie, że umarł. Tym człowiekiem ze stali był William Cecil (1520-1598), od 1571 lord Burghley, niewątpliwie w galerii angielskich mężów stanu jeden z najwybitniejszych. Zalety umysłu splatały się w nim nierozerwalnie z ostrym, zdecydowanym charakterem i niemałym szczęściem, które pozwoliło mu w przyszłości wyjść cało z różnych perypetii, a niebezpieczne dla swoich lokatorów cele więzienia w Tower też poznał. Od pierwszego roku panowania Elżbiety sekretarz stanu, później nosiciel innych jeszcze dostojeństw, zawsze pierwszy minister królowej i kierownik wszystkich najważniejszych poczynań politycznych, Cecil przyczynił się w największej mierze do wszechstronnego umocnienia Anglii w tej epoce. Anglikanizmu zresztą także - był zaciekłym i nietolerancyjnym antypapistą.

Jak najbardziej przychylnemu stosunkowi Elżbiety i jej pierwszego ministra do wszystkich spraw wiążących się z żeglugą i flotą zawdzięcza Anglia swoją potęgę morską. Przychylność nie oznaczała rozrzutności, ani nawet szczodrobliwości: Elżbieta była skąpa i na statki też niechętnie dawała pieniądze. Szczególnie miłe było jej sercu, gdy robili to na swój koszt ludzie wyróżniający się przedsiębiorczością; zawsze potem chwaliła ich za to i nagradzała, np. przyznawaniem szlachectwa. Dla opanowania mórz i oceanów należało jednak nie tylko mieć i wydawać pieniądze - potrzebni byli prawdziwi ludzie morza, ale Anglia miała do wszystkiego szczęście: rodzili się na kamieniu. Jeden z pierwszych pionierów wielkiej żeglugi angielskiej, John Hawkins (1532-1595), mądrze zaczął od samego siebie, robiąc dosłownie złote interesy na handlu niewolnikami, których przewoził z Afryki do Indii Zachodnich. W latach sześćdziesiątych odbył trzy podróże na Hispaniolę, dwie pierwsze bardzo intratne: trzecia (wespół z Drake'em) była mniej szczęśliwa, ocalały jednak statki, na których się znajdowali.

Największą, legendarną sławę uzyskał Francis Drakę (1540-1596), już w wieku lat 15 marynarz z doświadczeniem, a w dwa lata później samodzielny dowódca statku. Ten jeden człowiek przysporzył więcej strat Hiszpanom niż wszystko to, co utracili po wypędzeniu "pracowitych Morysków" - chociaż wiadomo już, że takich piratów Anglia miała więcej. Ofiarą jego korsarskich wypraw padały okręty hiszpańskie, załogi tych okrętów, skarby na nich zgromadzone i miasta portowe w Meksyku, Chile i Peru, z czego jasno wynika, że potrafił również opłynąć Amerykę Południową i żeglować wzdłuż jej brzegów zachodnich na północ; dotarł aż do Kalifornii, a do Europy wrócił przez Ocean Spokojny. W 1587 spalił flotę hiszpańską w samym Kadyksie, w rok później przyczynił się poważnie (tak samo Hawkins) do pokonania Wielkiej Armady. Wyróżnieni zostali przez Elżbietę herbem szlacheckim inni też, np. Martin Frobisher, dowódca kilku ekspedycji do Grenlandii, podczas najazdu hiszpańskiego także bardzo aktywny. Zginął w 1594 r. po odniesieniu rany w bitwie u wybrzeży francuskich. Najbliższy Elżbiecie był Walter Releigh (1552-1618), obdarzany tytułami admiralskimi dowódca różnych wypraw. Na cześć Elżbiety nazwał Wirginią (królowa nigdy nie wyszła za mąż) część terytorium u wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Podobnie jak wszyscy wymienieni, odznaczył się w starciach z Armadą. Spotka go tragiczny koniec.

Intensywny wzrost aktywności (bardzo często nie mającej wiele wspólnego z tym, co by można nazwać prawem międzynarodowym) Anglików na szlakach oceanicznych, spowodować musiał równie wielkie ożywienie w handlu zagranicznym. W Europie najściślejsze i najbardziej korzystne stosunki handlowe utrzymywano z Niderlandami. Wiadomo, że przez długie lata toczyła się tam wojna, że część tego kraju pozostała katolicka i hiszpańska, toteż choćby ze względu na swoje własne interesy musiał rząd królowej Elżbiety trochę z tym się liczyć. Sięgano w takich akcjach do różnych metod, nierzadko po prostu do dyplomatycznego krętactwa, które np. Hiszpania z taką samą częstotliwością przyjmowała za dobrą monetę. Wręcz nie do uwierzenia - mimo że Anglicy popierali (co prawda mizernie) odrywające się Niderlandy, grabili skarby Hiszpanów i posyłali ich statki w odmęty wód. Ożywienie handlu pociągało za sobą konieczność otwierania różnych przedsiębiorstw, zakładania kompanii, rozbudowy portów i przede wszystkim Londynu. Od 1566 r. działała w stolicy Anglii pierwsza giełda, w budynku wzniesionym przez Tomasza Greshama (1519-1579), przedsiębiorczego i dobrze znającego swój fach kupca i finansistę, który nie zapominając o sobie, przyczynił się też w znacznym stopniu do wydobycia Anglii z poprzednich kłopotów. Wdzięczna Elżbieta wynagrodziła go za to szlachectwem. Ingerowało państwo także w stosunki panujące w przemyśle manufakturowym i w rzemiośle; w takim regulującym się coraz lepiej systemie liczby produkcyjne stawały się coraz wyższe.

Do najbardziej skomplikowanych problemów politycznych za panowania Elżbiety należały stosunki ze Szkocją.

Małgorzata Tudor Małgorzata Tudor Wyżej wspomniano, że wdowa po królu Szkocji Jakubie IV zrezygnowała ze zbrojnej konfrontacji z Anglią, utraciwszy w 1513 r. pierwszego swego męża na polu bitwy. Jej syn, Jakub V, miał dwa lata, trwała więc regencja - nie bez perypetii, które mogą pobudzać i do płaczu, i do śmiechu. Królowa wdowa (warto przypomnieć: Małgorzata, siostra Henryka VIII) wychodziła jeszcze dwukrotnie za mąż, mężowie też chcieli rządzić i częściowo im się to nawet udawało, panowie szkoccy raczej nie przepadali za Małgorzatą i szukali przebywających za granicą innych krewnych rodziny Stuartów. Wreszcie Jakub V, uznany za pełnoletniego, sam także zabrał się do rządzenia. Nie było ono najszczęśliwsze. Król miał inklinacje do despotyzmu, a jego lordowie do anarchii. Król był nadmiernie gorącym protektorem katolicyzmu, a Szkocja z każdym rokiem pogrążała się głębiej w nienawiści do starej religii i w pożądaniu kalwinizmu.

Z małżeństwami jakoś nie wychodziło, także politycznie, m.in. dlatego, że oba były "francuskie" i przyczyniały się do konfliktu z Henrykiem VIII; drugą żoną Jakuba V była przedstawicielka rodziny Gwizjuszów, Maria de Guise.

W 1542 r. doszło do starcia zbrojnego między Anglikami i Szkotami, którzy przegrali z kretesem, choć wystąpili zaczepnie (analogicznie jak w roku 1513). Niedługo potem król Szkocji umarł, zostawiając niemowlę, córkę, sławną i osławioną Marię Stuart (ur. w grudniu 1542). Znów zaciągnęła się na całe lata regencja, w której po krótkim okresie chwiejności doszły do głosu tendencje anty angielskie, a za nimi pójść musiały działania wojenne, toczone ze zmiennym szczęściem.

Regencję sprawował lord James Hamilton, hrabia Arran (um. 1575), królewskiego pochodzenia po kądzieli, bo kiedyś dziadek jego ożenił się z córką króla Jakuba II (1437-1460). W parlamencie szkockim nie wykluczano ewentualności, że Hamilton otrzyma koronę. Jego syn będzie jednym z niezliczonych pretendentów do ręki Marii Stuart i nawet Elżbiety. Niestety, życie obeszło się z nim strasznie - w 1562 r. uległ obłąkaniu i przetrwał w tym stanie 47 lat, do śmierci w 1609 r.

W 1548 r. nie mającą jeszcze sześciu lat Marię Stuart wysłano do Paryża na dwór Henryka II, zaręczono z jego najstarszym synem Franciszkiem, uczono języków, łącznie - rzecz jasna - z greckim, muzyki, tańca i jazdy konnej. Piękna (nie można jej tego odmówić) i bardzo inteligentna Maria Stuart była pupilką wszystkich i nawet zdaje się Katarzyna Medycejska nie myślała o niej źle. W 1558 ożeniono ją z Franciszkiem, który w rok później został królem, a jeszcze po upływie jednego roku przestał żyć. Była zatem Maria od niemowlęctwa królową Szkocji, a przez jeden rok nawet królową Francji, zupełnie więc nieźle. Gdyby to królestwo Francji przypadło jej o rok wcześniej, może ocaliłoby ją to od wielkiej tragedii. Niestety, po śmierci Marii Tudor w 1558 r. wystąpiła niepotrzebnie pod naciskiem ze strony Gwizjuszów jako pretendentka do tronu angielskiego, choć zarówno ustawa sukcesyjna Henryka VIII, jak i oba zapisy Edwarda VI wyłączały Stuartów szkockich od następstwa w Anglii.

Maria Stuart Maria Stuart i Franciszek II W 1554 r. ustąpił w Szkocji po 12 latach regent Hamilton i władza przeszła wtedy do rąk królowej wdowy i matki, Marii de Guise. W tym samym roku, w którym Maria Stuart została królową Francji, jej matka wszczęła zdecydowaną walkę z ciążącą ku reformacji szlachtą szkocką, korzystając przy tym z pomocy francuskich oddziałów posiłkowych. Umarła jednak już w czerwcu 1560 r., i wtedy zreflektowano się w Paryżu: Maria Stuart zrezygnowała z tytułu królowej angielskiej, a korpus francuski opuścił Szkocję, która dosłownie w następnych tygodniach odłączyła się całkowicie od katolicyzmu i przyjęła reformację. Kraj gotów był do niej od dość dawna, indywidualnie zaś włożył największy wysiłek w jej przyśpieszenie i przeprowadzenie w najsurowszych ramach, jakie tylko można sobie wyobrazić - posępny i nie uznający żadnych radości życia reformator, John Knox (1505-1572).

Od lat zajmował się Knox działalnością kaznodziejską w duchu protestantyzmu, najpierw w Szkocji; pojmany przez Francuzów, przypłacił swój zapał religijny dwuletnią niewolą na galerach w Rouen. Potem wygłaszał kazania w Anglii, po objęciu tronu przez Marię Tudor uciekł do Genewy i utwierdził się w fanatycznym kalwinizmie. Do Szkocji wrócił w końcowym okresie regencji Marii de Guise, która daremnie usiłowała z nim się rozprawić. Cały lud szalał za Knoxen, a pod wpływem jego ognistych kazań tłumy rzucały się do wnętrz kościołów, niszcząc po barbarzyńsku wszystko, co było dziełem sztuki. Dziwne to były lata i dziwny kraj, co uwydatni się jeszcze jaskrawiej po powrocie Marii Stuart. Młoda królowa wjeżdżała w sierpniu 1561 r. do Endynburga jak Chrystus do Jerozolimy w niedzielę poprzedzającą o tydzień męczeństwo; witało ją tysiące ludzi, entuzjazmowi nie było końca. Sprawowanie rządów okazało się jednak beznadziejnie trudne.

Nie dały żadnego rezultatu próby porozumienia się z Knoxem, który niezmiennie stał na stanowisku, że "zarówno król, jak i poddani słuchać powinni Boga", a więc niemal się z Bogiem utożsamiając. Nabożeństwa katolickie odbywały się tylko na dworze, ale i przeciw temu występował Knox z gwałtownością, która zmusza do refleksji: kto właściwie był królem? Wokół rozwijała się, rosła, szalała reformacja w wydaniu Knoxa, najbardziej zaciekła, ponura, purytańska, niemal ascetyczna. Przestały istnieć wszelkie msze, zniknęły obrazy, rzeźby i relikwie, rząd dusz i nie tylko dusz objął nowy kler, złożony z prezbiterów; dlatego kalwinizm szkocki nosi nazwę prezbiterianizmu, gdy się natomiast mówi o purytanach, ma się na myśli raczej purytanów angielskich. Zadowalającej precyzji w używaniu tych nazw nie ma, bo i współcześnie zachodziły pod tym względem różne komplikacje. Szlachcie i lordom szkockim przypadły ziemie i bogactwa klasztorne i kościelne; jak w Niemczech i np. w Szwecji, czynniki najmniej mające wspólnego z wiarą najsilniej na nią oddziaływały.

Wspomniano, że Maria Stuart próbowała rozmów z Knoxem, z czego oczywiście wynika, że nie porzucając katolicyzmu, miała przecież zamiar uczynić swoje rządy przystającymi do rzeczywistego stanu. Wielkie ambicje też jej nie opuszczały; nie obnosiła się już wprawdzie z tytułem królowej Anglii, poważnie jednak liczyła na to, że Elżbieta uzna ją za następczynię tronu. Wszystko było daremne, ale wszystko też zaczyna się coraz bardziej komplikować, łącznie z możliwościami należytego rozumienia psychiki tej kobiety. Używając stylu trochę familiarnego, można powiedzieć, że będzie się odtąd podobać coraz mniej.

John Knox John Knox Przy dworze szkockim istniało tzw. stronnictwo angielskie, na którego czele stał przyrodni brat Marii, James Stuart (Stewart) hr. Murray (Moray, ok. 1531 - 1570), naturalny syn króla Jakuba V i lady Margaret Erskine, przedtem jeden z członków regencji. Nie widząc możliwości zaspokojenia swoich ambicji w oparciu o stronnictwo angielskie, Maria Stuart zwróciła się w innym kierunku, ale każdy krok na tej drodze był bardziej fatalny niż poprzedni. W 1565 r. oddała swą rękę razem z tytułem królewskim lordowi Henrykowi Darnleyowi (1541-1567), katolikowi, pochodzącemu z rodu spokrewnionego z domami królewskimi Szkocji i Anglii, mimo że inni doradcy mocno przeciw temu oponowali. Bardzo młoda jeszcze, powinna była jednak wiedzieć, że przystojność sama nie daje szczęścia.

Henryk Darnley miał powierzchowność do pozazdroszczenia, a tzw. cechy moralne, etyczne - w wielkim niedomiarze. Ambicje i żądza władzy kształtowały się oczywiście w sposób odwrotnie proporcjonalny, a zazdrość czy też urażona miłość osobista popchnęły go nawet do morderstwa. Nie minął jeszcze rok od zawarcia małżeństwa, królowa była w ciąży, gdy pewnego marcowego wieczoru 1566 r. Darnley wtargnął ze swoimi ludźmi do komnat Marii; zamordowany został wtedy jej ulubieniec, Włoch Dawid Riccio, sekretarz prowadzący tajną korespondencję. Stosunki między małżeństwem stały się w następnym okresie jeszcze dziwniejsze niż życie w Szkocji: gniewali się, rozstawali, godzili. 10 lutego 1567 Darnley, z powodu zakaźnej choroby przebywający w odosobnieniu domu pod Edynburgiem, został w bestialski sposób zamordowany (uduszony), a dom wysadzono w powietrze.

Nazwisko mordercy czy też organizatora tej makabrycznej akcji nie jest tajemnicą, mimo że sąd go uniewinnił. Był to James Hepburn hrabia Bothwell (1536-1578), jeszcze przystojniejszy niż denat. Marię historia gotowa jest nawet uznać za niepokalaną, ale to jej nie zbawia; już w maju była żoną Bothwella, przedtem pozwoliwszy mu się "porwać". Bothwell miał żonę, ale do rozwodu z nią doszło jakoś bez kłopotu; podobno byli zbyt bliskimi krewnymi.

Znowu więc zmieniło koloryt szczęście osobiste Marii Stuart, jeśli w ogóle wypada o nim mówić. Sam charakter Bothwella wykluczał taką możliwość, czas także okazał się bezlitosny. Już w ciągu najbliższych tygodni panowie szkoccy wystąpili przeciw królowej, której nikt nie umiał obronić. Zmuszono ją do rezygnacji z tronu na rzecz syna - od 25 lipca 1576 r. jednoroczne dziecko było królem Szkocji jako Jakub VI, regencję obejmował Murray. Pod przymusem wyraziwszy na to zgodę, Maria Stuart jeszcze nie rezygnowała całkowicie. Potrafiła wydobyć się z rąk swoich przeciwników i nawet zebrać kilkutysięczny oddział zbrojny, z którym podjęła próbę odwrócenia swojego losu na polu bitwy. Nie przyniósł pożądanej odmiany dzień 13 maja 1568 r., data klęski zadanej jej żałosnemu wojsku przez Murraya pod Langside (niedaleko Glasgow); w Szkocji wszystko było stracone.

Maria uciekła w kierunku południowym, przeprawiła się przez zatokę Solway do Anglii i poprosiła Elżbietę o azyl. Wśród wielu fatalnych decyzji, jakie podejmowała w życiu, tę można wysunąć na czoło, mimo że była jedną z ostatnich. Zwracając się do Elżbiety, Maria Stuart skazała sama siebie na niewolę trwającą 19 lat i zakończoną uderzeniem topora. Bez względu na wszystkie meandry jej nie tak znów długiego życia osobistego i politycznego jest to jedna z największych indywidualnych tragedii w szesnastowiecznej Europie i nic dziwnego, że najwięksi mistrzowie pióra, jak Fryderyk Schiller, Vittorio Alfieri i u nas Juliusz Słowacki, poświęcili jej swoje utwory.

Z zamku do zamku przenoszono nieustannie Marię Stuart, częściowo w obawie przed próbami jej uwolnienia, częściowo, ażeby ją jak najbardziej wymęczyć, częściowo nie wiadomo dlaczego. Uwolnić ją zbrojnie próbowano jeszcze w 1569 r., ale zbyt małymi siłami i w sposób nie przemyślany; eskapada zakończyła się represjami, jakich nawet za czasów Marii niełatwo się doszukać. Potem zaczęto działać konspiracyjnie, oczywiście w środowiskach katolickich, naradzać się nocami, spiskować, rozpatrywać koncepcję zamachu na życie Elżbiety, wyklętej przez Rzym. Najbardziej znamienne jest, że Maria Stuart brała w tym wszystkim udział, że mimo izolacji w zamkach mogła prowadzić korespondencję ze spiskowcami, pisać do papieża i monarchów, rozdzielać obietnice. Nie zliczyć też wszystkich ochotników do małżeństwa z nią - perspektywa zdobycia dwóch królestw nakładała na oczy tych straceńców łuski zupełnie nie przepuszczające światła. Tak przepadł jeszcze jeden z Norfolków, Thomas (1536-1572), który intensywnie starał się o pomoc Filipa II w celu opanowania sytuacji w Anglii; ścięto go we wrześniu 1572 r. Jest też rzeczą niemal pewną, że tymi osobliwymi możliwościami korespondowania sterował, w pewnym przynajmniej stopniu, aparat wywiadowczy Elżbiety, a koordynował wszystko Cecil, najzacieklejszy wróg więzionej. Listy i spiskowców przechwytywano, a w izbach tortur można było wydobyć każde zeznanie, prawdziwe i fałszywe, oparte na jakichś faktach i nie mające żadnego pokrycia.

Tak mijały lata i pętla na szyi uwięzionej królowej szkockiej zaciskała się coraz bardziej. Nie wytaczano jej jednak żadnego procesu, lecz uporczywie trzymano pod zamknięciem i prowokowano różne akcje, które innych prowadziły na szubienicę lub rusztowanie. Przyjmuje się często, że Elżbieta gotowa była wypuścić Marię na wolność i pomóc jej w powrocie na tron szkocki; w świetle jednak wszystkich faktów twierdzenia tego rodzaju stają się tak blade, że aż przeźroczyste. Niekoniecznie zresztą trzeba utożsamiać Elżbietę z wampirem, nie znającym żadnych ludzkich odruchów; może i okazałaby łaskę, ale nie pozwalali na to zawzięci doradcy, nieustannie zagęszczając i rozszerzając sieć intryg tudzież strasząc ją spiskami i zamachami. Po 16 latach pobytu Marii Stuart w więzieniach, w 1584 r., sytuacja zaostrzyła się znacznie pod wrażeniem wieści o zabójstwie Wilhelma Orańskiego, gdy zaś w 1586 r. odkryto nowy spisek, niewiele pozostało już do końca.

Grzegorz XIII Grzegorz XIII Centralną postacią był szlachcic angielski, Anthony Babington (1561-1586), młody, zamożny i pełen życia, bo ożenił się mając lat 18. Niedługo później odziedziczył znaczny majątek ziemski, a jeszcze przed zawarciem małżeństwa przejął się uwielbieniem dla Marii Stuart, służąc przy niej jako paź w jednym z miejsc jej odosobnienia. Spiskowanie datuje się od 1580 r., początkowo jednak cele były inaczej sprecyzowane. Niewielkie grono młodych ludzi, jak Babington nie narzekających na brak środków do życia i oddanych wierze katolickiej, utworzyło związek w celu udzielania pomocy przybywającym konspiracyjnie do Anglii jezuitom. Już w kwietniu tego roku pobłogosławił w specjalnym posłaniu całe to przedsięwzięcie papież Grzegorz XIII (Ugo Buoncompagni, 1572-1586), ten sam, który na wieść o paryskiej nocy św. Bartłomieja zarządził w Rzymie uroczyste Te Deum, skądinąd zaś bardzo zasłużony reformator kalendarza.

Dość długo przebywał potem Babington we Francji, kontaktując się tam z osobami, które działały na rzecz Marii Stuart. Kulminacja wszystkich tych zabiegów nastąpiła w 1586 r. - dopiero w odniesieniu do tego czasu można mówić o roli Babingtona w ściślejszym spisku, mającym na celu zabicie Elżbiety i uwolnienie Marii. Bliższe szczegóły dotyczące tego sprzysiężenia toną w mroku, a krótka działalność ociera się często o różne prowokacje. Elżbieta miała świetny aparat wywiadu wewnętrznego i zagranicznego; na czele stał jeszcze jeden z najbliższych jej współpracowników, bardzo inteligentny, supermistrz w organizowaniu akcji szpiegowskich, Francis Walsingham (ok. 1530-1590). Ze spiskowcami współdziałał przyjeżdżający często z Francji ksiądz John Ballard, osobistość tajemnicza, także pod względem pochodzenia, nie bez pewnej lekkomyślności w działaniu i silnego wpływu na Babingtona.

W połowie 1586 r. nawiązano łączność korespondencyjną z Marią Stuart - na swoją i jej zgubę. Zawiadomiono ją o wszystkim i uzyskano jej zgodę. O wszystkim też wiedział jednak Walsingham poprzez swoich pracowników, którzy kursujące listy najpierw deszyfrowali, a potem dostarczali adresatom. Z aresztowaniami Walsingham się nie śpieszył, w pierwszych dniach sierpnia zaczął od Ballarda i dopiero wtedy Babington, młodzieniec niezwykle lekkomyślny, zrozumiał, że to nie żarty i próbował się ukryć, nieznacznie jednak tylko przedłużając w ten sposób swoje życie. Aresztowano też jego towarzyszy i od razu powołano komisję, która poddała spiskowców przesłuchaniom, nie trzeba dodawać, przy jakim akompaniamencie, ani też - jakie zapadły wyroki. Daremnie Babington prosił o łaskę.

Makabryczna egzekucja siedmiu uczestników spisku odbyła się 20 września 1586 r. Zaczęto od Ballarda, jako drugi stracony został Babington, jako trzeci - Chidiock Tichbourne; najpierw ich wieszano, potem, jeszcze żywych, ćwiartowano. Pozostałym czterem pozwolono umrzeć na szubienicy.

Maria Stuart stanęła przed sądem parów i daremnie usiłowała wzbudzić przekonanie, że chciała tylko odzyskać wolność, lecz nie akceptowała zabójstwa. Jej wrogowie mieli w rękach niezbity dowód - list do Babingtona. Istnieje co prawda też pogląd, że sfabrykował to pismo Walsingham, niewiele jednak w tym prawdopodobieństwa. Skazana 25 października 1586 r. na śmierć przez ścięcie, Maria Stuart poniosła ją z godnością i bez trwogi, 8 lutego 1587. Elżbieta długo się ociągała z zatwierdzeniem wyroku, przy czym motywy też nie rysują się dostatecznie jasno.

Wiadomo już, że jednym z następstw tej tragedii była wyprawa Niezwyciężonej Armady na Anglię. Gdyby książę Medina-Sidonia zdołał wykonać otrzymane polecenie, pewnie trochę inaczej potoczyłyby się dzieje Europy Zachodniej; nie Hiszpanom jednak sprzyjało wtedy szczęście. Do charakterystyki tego wydarzenia można teraz dodać to i owo, skoro już była mowa o Walsinghamie, który i w Hiszpanii miał swoich ludzi i swoją sieć wywiadowczą. Dzięki temu wiedzieli w Anglii o wiele więcej o Armadzie i zamierzeniach Hiszpanów, niż się na ogół myśli. Nie trzeba dodawać, że odpowiednio szły także przygotowania do obrony, w której zresztą marynarze angielscy i ich dowódcy okryli się taką sławą. Naczelne dowództwo sprawował admirał Charles Howard (1536-1624), mający wielkie zachowanie u Elżbiety, członek komisji, która sądziła Marię Stuart. Pod jego bezpośrednimi rozkazami działali inni doświadczeni w bitwach morskich żeglarze, wśród nich John Hawkins i Francis Drakę. Zwycięstwo nad armadą ocaliło Anglię, wywarło wpływ na świadomość narodową i umocniło powszechne przekonanie, że czasy Elżbiety były niemal złotym wiekiem. Pod wpływem dobrobytu łatwo zapominano o niezliczonych wyrokach śmierci i miejscach straceń.

Uwolniona od niebezpieczeństwa Anglia rzeczywiście szeroko rozwijała skrzydła w ostatnim piętnastoleciu panowania ostatniej z Tudorów. Wojowano wprawdzie jeszcze, ale bez uszczerbku dla kraju, bo trochę we Francji - pomagając hugenotom, bez specjalnego wytężania się w Niderlandach, a z dużymi korzyściami materialnymi w łupionych co pewien czas portach hiszpańskich. Handel, przemysł i nawet rolnictwo - szły nieustannie w górę, rząd Elżbiety bowiem zdecydowanie zahamował proces rozszerzania pastwisk. Pod koniec swego panowania Elżbieta wyraziła zgodę na działalność Kompanii Wschodnioindyjskiej, która w okresie nieco późniejszym stać się miała prawdziwą potęgą. Kompanie (później powstaną jeszcze inne, a istniała już Kompania Moskiewska) były dosłownie państwami w państwie, bo miały też uprawnienia polityczne, m.in. mogły prowadzić wojny, zawierać układy, najmować żołnierzy, wznosić fortece, bić monetę. Działalność Kompanii Wschodnioindyjskiej rozpościera się na terytoria Oceanu Indyjskiego, przede wszystkim oczywiście na Indie, i trwała dokładnie dwa stulecia.

Wszystko się udawało, miała zatem królowa Elżbieta co najmniej takie samo szczęście jak jej admirałowie. Osobiście trapić ją może powinny były wyrzuty sumienia, ale raczej należy w to wątpić, zwłaszcza że stale znajdowali się w jej otoczeniu pochlebcy i stale wmawiali jej, że takiego cudu Anglia nigdy jeszcze nie przeżywała. Oprócz pochlebców-dworaków byli jeszcze faworyci bliższej znacznie kategorii i tylko czasem, bardzo rzadko, któryś z nich ośmielał się jej przeciwstawić, zresztą ciężko za to pokutując. Miłości nie wyrzekała się Elżbieta nawet po sześćdziesiątce i nigdy nie ograniczała się do jednostek; lubiła oglądać rywalizację.

Jednym z najbardziej miłowanych faworytów był Robert Dudley, hrabia Leicester (ok. 1532-1588), piąty syn straconego w 1553 r. Johna Dudleya Warwicka, sam także uwięziony i skazany na śmierć; szczęśliwie odzyskawszy wolność - służył Marii Tudor we Francji, gdzie toczyła się wtedy wojna. Z wstąpieniem na tron Elżbiety wybiła jego wielka godzina, królowa-dziewica długo i poważnie myślała nawet o zawarciu z nim oficjalnego związku małżeńskiego. Obsypywany zaszczytami i tytułami, wszechmocny na dworze, naturę miał podobną jak królowa: ona kochała wielu mężczyzn, on wiele kobiet. Miewał dzieci z damami dworu, żenił się dwukrotnie w tajemnicy przed Elżbietą, z mniejszymi lub większymi trudnościami łagodził sytuację, gdy się to ujawniało. Jego pierwsza żona popełniła samobójstwo lub została zamordowana - Leicester nie jest wolny od podejrzeń. Sam umarł też w niejasnych okolicznościach, oficjalnie "na febrę".

Elżbieta miała 51 lat, gdy na dworze jej zjawił się 17-letni wtedy Robert Devereux hrabia Essex (1567-1601), który tak samo jak Leicester - pod jednym tylko względem nie nadawał się na faworyta królowej, no, może pod dwoma; nie wyrzekał się romansów także z damami dworskimi i był trochę krnąbrny. Podejmował mianowicie pewne decyzje bez wiedzy władczyni, brał udział w ekspedycjach morskich Drake'a, w 1596 wspólnie z admirałem Howardem pustoszył Kadyks. Braku odwagi nie da się więc mu zarzucić, choć niektóre inne ekspedycje zaliczyć trzeba do całkowicie nieudanych. Z Elżbietą potrafił się kłócić, robił jej wymówki, pozwalał sobie nawet na pewne obraźliwe posunięcia, przyśpieszając lekkomyślnością swój koniec. Miał wielu wrogów, a ci wykorzystywali przeciw niemu każde słowo i każde drgnienie. Wysłany w 1599 r. do Irlandii, powierzonego mu zadania nie wykonał i spowodował wiele kłopotów swoją niesubordynacją, po czym nastąpiło odsunięcie go od dworu.

Nie skończyło się na tym. Essex nigdy nie był dobrym taktykiem i partii z królową też nie potrafił przegrać korzystnie dla siebie. Zadraśnięty do żywego w swoich ambicjach, uniesiony gniewem i zazdrością, wplątał się całkiem niepotrzebnie w jakieś spiskowe historie i w lutym 1601 r. próbował wywołać w stolicy powstanie, nie mające najmniejszych szans powodzenia. Zginął 25 lutego na rusztowaniu. Królowa podobno trochę się ociągała z zatwierdzeniem wyroku, ale chyba niedługo - wszystkie wydarzenia mieszczą się w obrębie jednego i tego samego miesiąca.

Egzekucja Essexa jest niezłym przyczynkiem do charakterystyki wielkiej królowej Anglii. Przyznać trzeba, że zarówno jemu, jak i innym swoim faworytom "przebaczała" wielokrotnie, ale - jak widać - nie bez końca. Miała poza tym sytuację inną - była władczynią. Gdyby dokładnie zliczyć wszystkich powiązanych z nią mężczyzn, byłoby coś w rodzaju rekordu. Wypada jednak być wstrzemięźliwym i może tylko niech zostanie jeszcze wspomniany faworyt, który najbardziej denerwował Essexa, Charles Blount (1563-1606), od 1594 r. lord Mountjoy, uśmierzyciel powstania w Irlandii. Między obu rywalami doszło nawet do pojedynku, w którym Blount zranił Essexa. I na tym nie koniec jeszcze sensacjom: od 1595 r. Blount utrzymywał stosunek miłosny z jego siostrą, noszącą oplecione tradycjami cnotliwości imię Penelopa (ok. 1562-1607). Jej ślubny (od 1581 r.) małżonek, lord Robert Rich, jakoś się tym nie przejmował, a przynajmniej umiał poddać się rezygnacji. Czasu miał sporo, żeby do niej przywyknąć, bo i przed Blountem byli inni mężczyźni, m.in. poeta Philip Sidney, który także w swoich wierszach opiewał uroki pięknej Penelopy. Po upływie ćwierćwiecza od daty ślubu lady Penelopa, zamiast sprawić srebrne wesele, wzięła rozwód i wyszła za Blounta, z którym zdążyła przedtem mieć pięcioro dzieci. Niewiele jednak już pozostało życia temu osobliwemu małżeństwu.

W drugiej połowie XVI wieku zniknęły ostatnie relikty starej samodzielności "Zielonej Wyspy" - Irlandii. Położona na zachód od Anglii i Szkocji, mniejsza, zawsze słabsza i prawie zawsze rozdrobniona wewnętrznie, Irlandia była niejako historycznie skazana na ten bezmiar nieszczęść i cierpień, jakich doświadczać będzie przez cztery stulecia z górą, od przełomu XV i XVI wieku do pierwszej wojny światowej. Położenie insularne od niczego nie ratowało - Anglia też była wyspą i podboje angielskie zaczęły się już w ostatnich dziesięcioleciach XII wieku. Długo będą trwały odtąd próby umacniania się Anglików w Irlandii, przeplatane powstaniami narodowymi, a mocniej utrwalane tylko przejściowo, w różnych okresach i w różnym stopniu, m.in. oczywiście i przez kolonizację. Irlandczycy nie godzili się z panowaniem angielskim, chcieli żyć po swojemu, przywiązani do swoich stosunków rodowych i do klanów - jak w Szkocji, także celtyckiej. Podstawę gospodarki stanowiło rolnictwo i hodowla, przy czym może należałoby odwrócić tę kolejność, bo Anglicy starali się zagarniać najbardziej urodzajne ziemie, tam więc, dokąd ich suwerenność nie sięgała, musiało być więcej pastwisk. System uprawy i w ogóle korzystania z ziemi utrudniały i komplikowały stare zwyczaje - jak wszystko w średniowieczu - sprzyjające eksploatacji biedniejszych i słabszych. W zasięgu władzy i kompetencji klanów też nie wyglądało to inaczej, chłopi irlandzcy, choć w zasadzie wolni, znosić musieli ucisk ze strony arystokracji klanowej. Ucisk był wprawdzie "celtycki", ale przez to wcale nie mniejszy.

Z angielskich instytucji politycznych przyjął się od końca XIII w. parlament, ulegający Anglikom w różnych sytuacjach, ale samodzielnie też podejmujący różne kwestie w toku obrad i decyzje w ich efekcie. Sytuacja Irlandii przedstawiała się najlepiej w XV wieku. Anglicy mieli wtedy całą górę swoich wewnętrznych kłopotów, a ich realna władza w Irlandii ograniczała się właściwie do stosunkowo niewielkiego obszaru w rejonie Dublina (Pale); tam również rezydował namiestnik angielski z tytułem wicekróla. Znaczną część kraju miała w swoich rękach oligarchia klanowa, poszczególne jednostki terytorialne były niezależne od Anglików i od siebie, wojny wewnętrzne też nie należały do zjawisk zbyt rzadkich. Dublin znajduje się we wschodniej części kraju, która nosiła nazwę Leinster; na północ od niej leżał i dziś dobrze znany Ulster, na zachód - Connaught, a południowo-zachodnia część wyspy nazywała się Munster.

Kres wszelkiej samodzielności przynieść miał wiek XVI - Anglia Tudorów przejdzie do polityki totalnego podboju. Niezbyt jeszcze ostro występują te cechy za Henryka VII, kiedy m.in. zakazano parlamentowi irlandzkiemu podejmowania jakichkolwiek uchwał bez zgody króla. Za Henryka VIII, który w 1541 r. przybrał nawet tytuł króla Irlandii, konflikty szybko zaczęły dochodzić do zenitu choćby w związku z reformacją. Irlandczycy byli i pozostali do dnia dzisiejszego katolikami; w długich i tragicznych zmaganiach o byt narodowy zwiększać to tylko będzie zaciekłość i nienawiść najeźdźcy. Posłuszny już teraz parlament irlandzki uznał Henryka za głowę Kościoła w Irlandii, rozwiązano zakony, zaczęła się sekularyzacja dóbr kościelnych, irlandzcy możni musieli składać królowi przysięgę wierności, wzmogły się represje, konfiskaty ziem i akcja kolonizacyjna. Katolicy tracili prawa, w coraz mniejszym stopniu pozwalano im być ludźmi. Nieustające konflikty między wodzami irlandzkimi też były wodą świetnie działającą na angielski młyn.

Po korzystnym dla katolicyzmu, ale bardzo krótkim okresie panowania Marii Tudor przyszły rządy Elżbiety i wróciła brutalna przemoc: wprowadzenie angielskich ustaw kościelnych, dalsze, zakrojone na skalę znacznie większą konfiskaty i prześladowania, ucieczki do Francji i Hiszpanii, wstrząsająca niedola wielu z tych, którzy pozostali. Terror wywoływał odruchy rozpaczy, bunty, powstania, próby wypraw podejmowanych głównie z portów hiszpańskich i zawsze kończących się nieszczęściem. Najgroźniejsze powstanie wybuchło w 1594 r. w Ulsterze; główną postacią w okresie kilkuletnich, bezpardonowych walk był jeden z wodzów klanowych Hugh O'Neill, hrabia Tyrone (ok. 1540-1616), a największym osiągnięciem - zwycięstwo odniesione nad rzeką Blackwater (sierpień 1598), po którym zerwały się do buntów i zemsty inne też prowincje i hrabstwa. Wysuwa się niekiedy przypuszczenie, że gdyby w tych właśnie miesiącach Hiszpania udzieliła Irlandczykom wydatniejszej pomocy, nie utrzymałoby się panowanie angielskie na "Zielonej Wyspie".

Trudno apodyktycznie orzekać, supozycja taka wydaje się raczej przesadna - wygodniej stwierdzić, że szczęście sprzyjało Anglikom i tylko Anglikom, mimo ciężkich strat, jakie ponieśli. W 1598 r. umarł król Filip II, który pewnie potrafiłby wykorzystać niepowtarzalną sytuację; zdołał wprawdzie jeszcze wydać odpowiednie polecenia, ale na łożu śmierci, a wiadomo, jak się ludzie śpieszą do wykonywania takich rozkazów. W samej Anglii też nastąpiła zmiana sprzyjająca intensyfikacji działań bojowych: umarł Cecil Burghley, wieczny kunktator, którego wpływów nikt nie mógł za jego życia przeważyć. Wtedy właśnie otrzymał polecenie zdławienia buntu hrabia Essex, ale pojechał do Irlandii tylko po to, żeby przyśpieszyć swój własny koniec. Kilkumiesięczna kampania w 1599 r. nie dała rezultatów. Essex miał za mało sił, zdołał doprowadzić tylko do zawieszenia broni i wbrew rozkazowi królowej wrócił do Londynu; wiadomo już, co nastąpiło później.

Śmierć Essexa była fatalnym wydarzeniem dla Irlandii. Zadania pacyfikacyjne przejął po nim Charles Blount, lord Mountjoy, i w sposób bezwzględny sprawił się z nimi, mimo że nawet zjawiły się wreszcie w Irlandii wojska hiszpańskie, w niewielkiej zresztą liczbie. W Wigilię Bożego Narodzenia 1601 r. Mountjoy rozbił Hiszpanów i Irlandczyków pod Kinsale (port w Munsterze, na wybrzeżu południowym), przyjął kapitulację dowódcy hiszpańskiego i potem zaczął systematycznie niszczyć, pustoszyć i grabić inne hrabstwa. Daremnie starał się temu przeciwdziałać 0'Neill; ugiął się wreszcie i w kwietniu 1603 r. upokorzył przed Blountem i Anglią, godząc się na wszystko, byle tylko utrzymać się w posiadaniu swoich własnych ziem. To samo uczynili niektórzy spośród innych przywódców powstania. Przetrwawszy sześć lat jako tako spokojnie (0'Neill jeździł nawet do Londynu), uznali jednakowoż, że nie należy przeciągać struny i w 1607 r. opuścili z żonami i najbliższymi przyjaciółmi Irlandię, udając się na tułaczkę po Europie.

*

Źródło: L. Bazylow, Historia powszechna 1492-1648, Warszawa 2001.


Data utworzenia: 14/02/2013 @ 21:06
Ostatnie zmiany: 14/10/2017 @ 23:35
Kategoria : => Anglikanizm
Strona czytana 696 razy


Wersja do druku Wersja do druku

 

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

 
Trzecie Oczko
0-garni.jpg0-nimes-the-maison-carree.jpg0-satiro-danzante.jpgTemplo_de_Augusto_Pula.jpg0-panteon2.jpg0-janus.jpg0-Ara_Pacis_Rom.jpg0-lararium2.jpg0-lar.jpg0-tempio_di_minerva_assisi.jpg0-scul.jpg0-Tempio_di_Iside.JPG0-lupa.jpg0-Clipeus_Helios_Terme.jpg0-westalka.jpg0-maison-carree.jpg0-mitra.jpg0-meduza.jpg0-TempioVesta.jpg0-sol-invictus-1.jpg0-Columns-Nimes.JPG0-bacchus.jpg0-august.jpg0-Apollo Sol.jpg0-cupid-pom.jpg0-ara-p.jpg0-panteon.jpg0-Vestal_Palatino.jpg0-aura_velificans_su_cigno.jpg0-ap6.jpg0-telllus.jpeg0-maisone-carree-2a.jpg0-Suovetaurile_Louvre.jpg0-La_Maison_carree.JPG0-lararium.jpg
Rel-Club
Sonda
Czy jest Bóg?
 
Tak
Nie
Nie wiem
Jest kilku
Ja jestem Bogiem
Ta sonda jest bez sensu:)
Prosze zmienić sondę!
Wyniki
Szukaj



Artykuły

Zamknij - Japonia

Zamknij BUDDYZM - Lamaizm

Zamknij BUDDYZM - Polska

Zamknij BUDDYZM - Zen

Zamknij JUDAIZM - Mistyka

Zamknij NOWE RELIGIE

Zamknij NOWE RELIGIE - Artykuły Przekrojowe

Zamknij NOWE RELIGIE - Wprowadzenie

Zamknij POLSKA POGAŃSKA

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Archeologia

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Bałtowie

Zamknij RELIGIE WYMARŁE - Manicheizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Konfucjanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Satanizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Sintoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Taoizm

Zamknij RELIGIE ŻYWE - Zaratustrianizm

-

Zamknij EUROPA I AZJA _ _ JAZYDYZM* <<==

Nasi Wierni

 2847812 odwiedzający

 21 odwiedzających online